
- Strona główna
- Forum
- psychoterapia, traumy, związki i relacje
- PTSD i stres...
PTSD i stres adaptacyjny w nowym związku: pomoc i leczenie
Treść wrażliwaJagoda Jek
Czytając Twoją historię, wybrzmiewa przede wszystkim ogromne zmęczenie i przeciążenie po bardzo intensywnym okresie życia, ale też duża uważność na siebie i to, co się z Tobą dzieje.
To, że po latach pracy nad traumą pojawia się teraz spadek energii, trudność w funkcjonowaniu i silne reakcje organizmu, nie musi oznaczać regresu czy „cofnięcia się”, tylko często bywa sygnałem, że układ nerwowy jest przeciążony nową sytuacją, która jednocześnie jest ważna i emocjonalnie angażująca.
Jednocześnie dobrze, że skonsultowałaś się z psychiatrą i masz zaplanowane wsparcie – zarówno w postaci farmakoterapii, jak i powrotu do terapii. To, że masz wątpliwości wobec leków, jest zrozumiałe, zwłaszcza jeśli wcześniej radziłaś sobie bez nich, ale ostateczna decyzja zawsze może być procesem, a nie jednorazowym „tak albo nie”.
Jeśli czujesz, że potrzebujesz dalszego wsparcia i uporządkowania tego, co się teraz dzieje, warto rozważyć spokojną konsultację psychologiczną – przestrzeń, w której można bez presji przyjrzeć się temu etapowi i temu, co jest dla Ciebie najtrudniejsze w tej chwili.
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Paulina Duda
Zajmując się pracą z osobami doświadczającymi traumy złożonej i z perspektywy klinicznej opisane przez Panią doświadczenia nie wydają się świadcząć o niepowodzeniu wcześniejszej terapii.
Wejście w pierwszy bliski, bezpieczny związek po doświadczeniach wykorzystania seksualnego z dzieciństwa jest bardzo znaczącym wydarzeniem emocjonalnym. Nawet jeśli relacja jest wspierająca i daje poczucie bezpieczeństwa, może aktywować głęboko zapisane reakcje związane z traumą. Dzieje się tak dlatego, że bliskość, zaufanie, zależność emocjonalna czy seksualność są obszarami bezpośrednio powiązanymi z tym, co zostało naruszone przez traumatyczne doświadczenia.
To, że zaczęła Pani odczuwać większą swobodę i przyjemność z bliskości, jest bardzo ważnym sygnałem postępu. Jednocześnie organizm może ponosić duży koszt adaptacji do tych nowych doświadczeń. Nierzadko obserwuje się wtedy nasilone zmęczenie, obniżenie wydolności psychicznej, większą potrzebę odpoczynku, płaczliwość czy poczucie przeciążenia.
Z opisu wynika również, że przez dłuższy czas funkcjonowała Pani pod znacznym obciążeniem, bez możliwości pełniejszej regeneracji. W takiej sytuacji reakcja stresowa lub zaburzenia adaptacyjne są rozpoznaniami, które mogą być całkowicie adekwatne do prezentowanych objawów.
Zalecenia psychiatry nie wydają się być sygnałem, że „nie poradziła sobie Pani sama”. Korzystanie z farmakoterapii nie jest oznaką słabości ani cofnięcia się w procesie zdrowienia. Leki mogą czasami pełnić funkcję czasowego wsparcia organizmu w okresie zwiększonego obciążenia, podobnie jak zwolnienie lekarskie czy powrót na kilka sesji terapeutycznych.
Ostateczna decyzja dotycząca przyjmowania leków należy oczywiście do Pani i warto ją podejmować w dialogu z lekarzem prowadzącym. Myślę jednak, że szczególnie istotne jest, aby nie traktować farmakoterapii w kategoriach „dałam radę bez leków wcześniej, więc teraz też muszę”. To są dwie różne sytuacje życiowe i czasami korzystanie z dodatkowych form wsparcia jest przejawem troski o siebie, a nie porażki.
Najbardziej zwraca moją uwagę fakt, że pomimo pojawienia się trudności potrafiła Pani zauważyć pogarszające się funkcjonowanie, zgłosić się po pomoc i zadbać o siebie, zanim doszło do jeszcze większego przeciążenia. To zwykle świadczy o dobrze rozwiniętej świadomości własnych potrzeb i jest jednym z efektów skutecznie przepracowanej traumy.
Życzę Pani dużo łagodności wobec siebie i spokojnego czasu na regenerację.
Pozdrawiam
Paulina Duda
Psychoterapeuta CBT
Bożena Nagórska
Dzień dobry.
Pani Julio, przede wszystkim należą się Pani ogromne wyrazy uznania za tytaniczną pracę wykonaną w przeszłości – przejście przez pełne protokoły ekspozycji i przetwarzania poznawczego przy złożonym PTSD to dowód Pani niezwykłej wewnętrznej siły. Lekarz psychiatra ma jednak absolutną rację - obecny stan w żaden sposób nie oznacza, że tamta terapia poszła na marne. Wejście w pierwszy bezpieczny związek to milowy krok, ale dla Pani układu nerwowego, który latami programowo chronił się przed bliskością, to gigantyczny, podświadomy wysiłek adaptacyjny. Skrajne wycieńczenie, fizyczny brak sił do wstania z łóżka i wybuch płaczu w pracy to jasny sygnał, że organizm zużył wszystkie zasoby na proces oswajania intymności i wszedł w fazę wyczerpania, co trafnie zdiagnozowano jako zaburzenia adaptacyjne.
Pani opór przed farmakoterapią jest w pełni zrozumiały, ale warto zmienić perspektywę i spojrzeć na te leki nie jak na porażkę, ale jak na pomoc dla skrajnie zmęczonego układu nerwowego. Zastosowane dawki są minimalne, wręcz startowe - Trittico przyjęte na wieczór ma za zadanie odciąć nocne napięcie i głęboko zregenerować sen, natomiast poranny Seronil ma łagodnie przywrócić napęd, ułatwić wstawanie i poprawić nastrój w ciągu dnia. Te substancje nie mają Pani zmieniać, a jedynie dać biologiczną bazę do odpoczynku.
Miesięczne zwolnienie lekarskie, zalecana aktywizacja behawioralna oraz kilka sesji przypominających w nurcie CBT to wzorcowy plan działania, który pozwoli Pani zintegrować obecne doświadczenia z dawnymi narzędziami terapeutycznymi. Przyjęcie tego czasowego, minimalnego wsparcia w momencie tak silnego kryzysu nie jest oznaką słabości – to wyraz najwyższej troski o swoje ciało, które po prostu po latach walki i obecnym wielkim kroku naprzód miało pełne prawo powiedzieć „dość”.
Jest Pani na bardzo dobrej drodze.
Z pozdrowieniami
Bożena Nagórska
Agnieszka Sokal
Dzień dobry,
Przede wszystkim chcę Panią ogromnie docenić za to, jak wielką pracę wykonała Pani w przeszłości. Przejście terapii przedłużonej ekspozycji i przetwarzania poznawczego to ogromny wysiłek, a fakt, że dziś potrafi Pani czerpać przyjemność z bliskości, to Pani gigantyczny, osobisty sukces. Terapia absolutnie nie poszła na marne.
Diagnoza psychiatry jest w pełni trafna. Wejście w bliski związek – choć piękne – dla Pani układu nerwowego to ogromna rewolucja. Otwieranie się na intymność porusza głębokie pokłady pamięci ciała powiązane z dawną traumą. To potężne zmęczenie to sygnał alarmowy z przeciążonego organizmu. Po latach czujności ciało poczuło się bezpiecznie i zgromadzone napięcie zaczęło nagle schodzić, dając objawy totalnego wyczerpania.
Rozumiem Pani opór przed farmakoterapią, ale proszę spojrzeć na nią nie jak na porażkę, lecz jak na tymczasowe, medyczne wsparcie.
Warto wiedzieć, że współczesna psychotraumatologia oferuje obecnie także metody, które pozwalają pracować z ciałem i układem nerwowym bez konieczności ponownego opowiadania, analizowania i wracania do bolesnych wspomnień. Dzięki temu unika się retraumatyzacji, a sesje pomagają domknąć proces oswajania bliskości w łagodny i bezpieczny dla organizmu sposób. Życzę dużo spokoju.
Pozdrawiam
Agnieszka Sokal
Piotr Ziomber
Dzień dobry
Przykro mi, że spotkało panią coś takiego. Rozumiem, że stoi Pani przed trudną decyzją, zwłaszcza po tak ciężkiej i udanej walce z PTSD bez leków. Proszę pamiętać, że Pani dotychczasowa siła i skuteczność terapii wcale nie są podważone przez to, że teraz pojawiła się nowa potrzeba. To, co Pani przeżywa, jest typową reakcją organizmu na przeciążenie, a nie „słabością”. Z perspektywy specjalisty (i własnych doświadczeń pacjentów z traumą) oto kilka kluczowych punktów:
To nie jest nawrót PTSD, ani cofnięcie terapii. Lekarz ma rację twierdząc że związek to silny, pozytywny, ale i głęboko „reaktywujący” trigger. Pani mózg uczy się zupełnie nowego szlaku: bliskość = przyjemność i bezpieczeństwo. To wymaga ogromnej energii, nawet jeśli emocjonalnie czuje się Pani dobrze. Zmęczenie, które Pani opisuje, jest biologicznym kosztem przeprogramowywania układu nerwowego. Wcześniej była Pani w trybie „przetrwania” i terapii ekspozycji. To był wysiłek, ale ukierunkowany na konkretne wspomnienia. Teraz Pani układ nerwowy jest jednocześnie wchodzi w nowy, intymny system więzi (co dla osoby z historią wykorzystywania jest jak uczenie się chodzenia od nowa) i wyczerpany przewlekłym stresem w pracy (brak urlopu od września), pozbawiony głęboko regenerującego snu (zmęczenie mimo długiego snu wskazuje na nieefektywny sen).
Trittico w dawce 35 mg działa tu nie jako lek psychotropowy w klasycznym sensie, ale jako regulator architektury snu pozwala wejść w głębokie fazy NREM, które odpowiadają za prawdziwą regenerację. Bez tego nawet 10 godzin w łóżku nie wypocznie Pani. Seronil w niskiej dawce 10 mg po kilku tygodniach często paradoksalnie dodaje energii osobom z wyczerpaniem adaptacyjnym, ale na początek może nasilać zmęczenie i warto o tym wiedzieć. Pani opór przed lekami jest zrozumiały i zdrowy. Świetnie, że Pani go wyraziła. Wielu pacjentów z traumą ma lęk przed utratą kontroli lub byciem „zależnym od czegoś zewnętrznego”. Można jednak spojrzeć na to inaczej: leki te są czasowym wsparciem, jak kule dla złamanej nogi – nie zastępują one rehabilitacji (terapii), ale pozwalają na tyle odzyskać siły, by móc w ogóle wstać i ćwiczyć.
Warto wykorzystać L4 w 100%. Miesiąc bez pracy to dar. Aktywizacja behawioralna oznacza małe, przyjemne aktywności (np. 15-minutowy spacer, kawa na balkonie, rysowanie), nie „naprawianie się”. Proszę umówić się na te kilka sesji przypominających z terapeutą CBT. W 2-3 spotkaniach możecie wypracować konkretne strategie energetyzowania i regulacji snu bez leków (np. protokół budzenia o stałej porze, światło rano, ograniczenie drzemek). Można zrobić kontakt z partnerem. On może pomóc, ale nie może być Pani terapeutą. Jego rola to dawanie bezpiecznej bazy, a nie rozładowywanie Twojego zmęczenia. Jeśli po 2 tygodniach L4 i terapii nadal nie ma Pani siły wstać warto rozważyć krótki, 4-tygodniowy okres próbny leków. Można zacząć tylko od Trittico na noc (35 mg to bardzo niska dawka). Po tygodniu zobaczy Pani, czy budzi się lżejsza. To nie jest „nie dałam rady bez leków, więc jestem słaba”. To jest: „moja obecna sytuacja wymaga innych narzędzi niż poprzednia. A jeśli zdecyduję się ich nie użyć, to muszę mieć realistyczny plan B, który nie skończy się dalszym wyczerpaniem”. Proszę dać sobie przyzwolenie na odpoczynek bez walki. To, że płakała Pani w pracy, to był krzyk organizmu, nie porażka. Ma Pani 23 lata, pierwszy związek, pracę, historię traumy , a to ogromnie dużo. Nawet najsilniejsi potrzebują czasem wsparcia farmakologicznego, by sen znów stał się regenerujący. A jeśli nie teraz to przynajmniej niech Pani nie rezygnuje z miesiąca L4 i tych kilku sesji terapeutycznych. To może wystarczyć. Życzę szybkiego powrotu do równowagi.
Joanna Michałek
Dzień dobry Julio,
zgadzam się w kwestii, że terapia nie poszła na marne! Przede wszystkim stanełaś do swojej przeszłości, wykonałaś pracę która otworzyła cię na mężczyznę, relację.
Składamy się z różnych kapsuł w których zapisane są wydarzenia, emocje, sensoryka.
Poprzednie terapie dały tobie bardzo dużo i teraz jesteś gotowa na odkrywanie siebie jeszcze bardziej, jeszcze głębiej. Być może otworzyły się jakieś kapsuły, stąd twój obecny stan psychofizyczny. Być może trzeba włączyć pracę z ciałem, psychosomatykę. Tak pracujemy w Brainspotting, nie trzeba wracać i mówić o tym co mnie spotkało. Nasz mózg ma możliwości samouzdrawiania, samoregulacji, wie jak to zrobić i kiedy. Większość informacji jest przetwarzana i procesowana na ośrodkach podkorowych - pień mózgu, mózg gadzi. Na ośrodkach podkorowych pracujemy w Brainspotting.
Podziękuj swojemu ciału, że tak pięknie cię prowadzi!
Pozdrawiam i powodzenia!

Zobacz podobne
TW. Nie potrafię już żyć, ale śmierć mnie przeraża. W wyniku nie mogę nic ze sobą zrobić. Mam tak dość siebie i całego swojego marnego życia, że nawet nie potrafię sobie pomóc. Tak bardzo chciałabym po prostu zniknąć, ale tak bardzo się boje. Nie wytrzymuje już dłużej, łzy same się ze mnie leją od paru dni i nie chcą przestać, nic na uspokojenie nie działa.
Chodziłam na terapię od 3 miesięcy, ale nie widzę efektów, a jestem uwięzioną na wsi bez żadnego dojazdu, oprócz busów w roku szkolnym dostosowanych pod liceum. Jestem dorosła, a zachowuję się gorzej niż dziecko w podstawówce, mam siebie tak bardzo dość. Nawet jak staram się dopasować albo 'ogarnąć' życie jakkolwiek to nie wiem co robić, nie wiem, co się ze mną dzieje, nigdy nic nie wiem, nigdy nie umiem sobie poradzić. Nie wiem kim jestem, co robię na świecie, czego chcę, nie mam celów, nie mam marzeń.
Wczoraj chciałam skoczyć z balkonu, ale zaczęłam się śmiać jak już stałam na barierkach, bo oprócz tego, że bym się połamała lub ewentualnie została sparaliżowana, bardziej przeraża mnie fakt, że moi rodzice i wszyscy znowu by mnie krytykowali i równali z ziemią. Mój brat, którego nie uznaję za brata, znęca się nade mną psychicznie odkąd miałam 8 lat, moi rodzice prawie nigdy na to nie reagowali, jak już przestałam się kryć z tym, że nie daje rady psychicznie to mój ojciec stwierdził, że jestem po prostu leniwa i stąd bierze się cały mój stres, mimo że jego syn wyzywa mnie z taką agresją od dziecka, że jak tylko słysze jego kroki to moje całe ciało zaczyna panikować i się trząść i automatycznie próbuje być jak najciszej, żeby mnie nie usłyszał.
Groźby śmierci w tej rodzinie to normalność. Od matki najlepsze co usłysze to, że wszyscy jesteśmy popier* i żeby zostawić ją w spokoju. Ale zawsze znajdzie się, gdy trzeba kogoś skrytykować, szczególnie przy innych ludziach. Ledwo utrzymywałam tą terapię za stypendium, a teraz próbuję od miesiąca znaleźć pracę. Brak samochodu mnie skreśla z dojazdu gdziekolwiek, nawet na tą marną terapię. Przez telefon nie mogę rozmawiać, bo jeśli tylko ktoś to usłyszy to będzie mnie wyzywał jeszcze bardziej.
Czuje się jak krowa czekająca w klatce z bezradnością na śmierć. I to też robię. Nawet jeśli słyszałam od ludzi, że powinnam się ogarnąć i wziąć życie w swoje ręce, to nie widzę już żadnego rozwiązania. Tak szczerze nikt mnie nigdy nie kochał i nawet kot ode mnie uciekł. Moje ataki paniki są coraz gorsze, wszystko z głowy zaczęło wychodzić na zewnątrz, nie mam już siły dłużej się hamować. Tak bardzo przeraźliwie boję się tej śmierci, ale naprawdę nie mam innej opcji, nawet jeśli ktoś mówi, że mam to realistycznie nic nie mam. Albo śmierć albo męczenie się na wsi przez kolejne lata studiowania, a po tym brak pracy, bo mój stan nie pozwala mi już nawet na normalną naukę i ledwo daję sobie radę na prostych studiach. Przez co mam 0 umiejętności.
Czuję się zamrożona, jakby od mojej głowy wszystko się odbijało. Już nic się tam nie zmieści. Zmarnowałam sobie życie, zniszczyłam wszystko. Nie mam żadnych przyjaciół. Nikt nie chce się ze mną spotkać, nigdy nikt nie chciał nigdzie ze mną wyjść poza szkołą. Nawet jak się staram to każda moja relacja się kończy przeze mnie. Boję się związków, raz komuś zaufałam i zostałam sponiewierana gorzej niż moja matka mi to kiedykolwiek zrobiła. Wyznała mi miłość jako pierwsza osoba w życiu, nie słyszałam tego od nikogo, pocałowała mnie, wykorzystała mnie dla seksu, mimo że to był mój pierwszy raz, do którego bardzo przygotowywałam się emocjonalnie, a parę miesięcy później bez powodu kazała mi się wynosić. Później dowiedziałam się, że już przed stosunkiem ta osoba chciała się mnie pozbyć i znaleźć sobie kogoś innego.
Moje życie to jest porażka i tragedia z każdej strony. Nic nie potrafię. Nic nie rozumiem. Mam 21 lat i nigdy sobie nie poradzę. Myślałam, że będzie ok i całe nastoletnie lata, które spędziłam sama w pokoju, próbując udawać, że wszystko ok i sama siebie oszukując, że jak tylko będę dorosła to wszystko się poprawi i z roku na rok wierząc, że będzie lepiej. Już wiem, że nigdy nie będzie lepiej i będzie tylko gorzej i szczerze myślę że powinnam po prostu była udławić się jak miałam te 7 lat i to, że moja matka uratowała mi życie jak już straciłam oddech to jakaś karma, którą teraz muszę spłacać przez to jak całe życie matka niszczyła mi je. Tak naprawdę nie powinnam się nigdy była urodzić, moja matka była w zagrożonej ciąży ze mną i to wszystko ma sens. Powinnam nie żyć i tak bardzo żałuję, że się urodziłam. Nie mogę sobie pomyśleć o dzieciństwie i nastoletnich latach bo wpadam w szał i dostaje ataków. Mam już dość, a nie mogę nic zrobić. Boję się zadzwonić do lekarza. Naprawdę nie mam już wyjścia. Czekam na zbawienie od losu i pomoc, mimo że wiem, że to jest bezsensowne, ale nie wiem co, naprawdę, mogę oprócz tego zrobić. Czekam na śmierć niszcząc sobie wątrobę alkoholem i energetykami na pusty żołądek, uderzając się w głowę z całej siły i stresem. Ciągle powtarzam pomocy w kółko, ale wiem, że ta pomoc nigdy nie nadejdzie. Jeśli nie ma się pieniędzy jest się mniej wartym niż najtańszy produkt w sklepie i nie ma się żadnego znaczenia. I każdy o tym wie, ale nikogo to nie obchodzi, dopóki to nie on. I nie mam nikogo, komu mogłabym cokolwiek napisać, powiedzieć, bo moja rodzina nie wierzy w choroby i problemy psychiczne tylko lenistwo, a moje internetowe znajomości nawet mnie nie znają i tak szczerze mają mnie gdzieś.

