
- Strona główna
- Forum
- kryzysy, traumy, związki i relacje
- Toksyczny związek i...
Toksyczny związek i walka z przemocą: jak zmienić swoje życie?
Treść wrażliwaBożena Nagórska
Pani Anno,
zmęczenie i pragnienie spokoju są naturalną odpowiedzią na wieloletnie doświadczanie przemocy psychicznej i fizycznej, dlatego proszę nie obwiniać siebie za brak sił czy emocjonalne zdystansowanie. Pozytywną wiadomością jest to, że odzyskuje Pani świadomość własnych granic, a z tego miejsca – przy odpowiednim wsparciu – naprawdę można zbudować bezpieczne i spokojne życie. Ze względu na Pani silne wyczerpanie gorąco zachęcam do pilnego kontaktu z Ośrodkiem Interwencji Kryzysowej, Niebieską Linią lub psychoterapeutą, aby krok po kroku odzyskać wolność.
Wszystkiego dobrego
Bożena Nagórska
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Wiktoria Woldan
😊😊 Pani Anno, przede wszystkim chciałabym podkreślić, że w tym, co Pani opisuje, nie widzę osoby słabej, lecz kobietę, która przez wiele lat próbowała ratować relację mimo doświadczanej przemocy, manipulacji i zranień. To, że dziś stawia Pani granice, mówi o swoich potrzebach i coraz wyraźniej dostrzega, co jej szkodzi, świadczy o dużej sile, a nie o porażce.
Z Pani opisu wynika, że problem nie polega na braku kolejnej szansy czy niewystarczających starań z Pani strony. Wygląda raczej na to, że znalazła się Pani w powtarzającym się cyklu obietnic, chwilowej poprawy i kolejnych rozczarowań. Nic dziwnego, że jest Pani zmęczona, emocjonalnie wyczerpana i ma poczucie, że uczucia stopniowo wygasają.
Szczególnie poruszyły mnie słowa o marzeniu, by „cichutko żyć w spokoju”. Czasami jest to sygnał, że człowiek przez lata funkcjonował w napięciu i tęskni już nie za wielkim szczęściem, lecz za poczuciem bezpieczeństwa. Ma Pani prawo do życia wolnego od przemocy, lęku, manipulacji i ciągłego ranienia.
Jeśli pisząc, że „47 lat już wystarczy”, miała Pani na myśli myśli o odebraniu sobie życia lub poczucie, że nie chce już Pani żyć, proszę nie zostawać z tym sama i jak najszybciej porozmawiać z kimś bliskim lub specjalistą. Natomiast z tego, co Pani napisała, widzę przede wszystkim ogromne zmęczenie i potrzebę odzyskania spokoju. To bardzo ważne potrzeby i zasługują na potraktowanie ich poważnie. 💛!
pozdrawiam
psycholog | Wiktoria
Jagoda Jek
To, co Pani opisuje, brzmi jak wiele lat życia w bardzo dużym napięciu emocjonalnym. W tej historii jest dużo bólu, ale jest też coś bardzo ważnego — moment, w którym zaczęła Pani zauważać swoje granice i mówić „nie chcę już tak być traktowana”. To może być bardzo istotny krok w kierunku zmiany.
Po doświadczeniu przemocy — zarówno fizycznej, jak i psychicznej — wiele osób ma trudność z odejściem, nawet jeśli rozumieją, że relacja jest dla nich krzywdząca. Nie wynika to z braku siły czy rozsądku. W takich związkach często przeplatają się przywiązanie, nadzieja na zmianę, wspólna historia, lęk przed samotnością i wspomnienia dobrych momentów.
Warto też pamiętać, że utrata ochoty na bliskość czy seks w sytuacji, gdy przez lata doświadczała Pani zranienia, napięcia i braku poczucia bezpieczeństwa, nie jest czymś, za co powinna Pani się obwiniać. Bliskość często potrzebuje zaufania i bezpieczeństwa, a trudno je odczuwać, gdy relacja kojarzy się również z lękiem i krzywdą.
Pisze Pani, że czasem ma Pani ochotę „uciec i cichutko żyć w spokoju”. Słyszę w tym przede wszystkim ogromne zmęczenie i potrzebę odpoczynku od ciągłej walki. Może warto teraz nie skupiać się wyłącznie na tym, czy ma Pani już gotową decyzję o przyszłości małżeństwa, ale na małych krokach odzyskiwania wpływu nad własnym życiem: szukaniu wsparcia, wzmacnianiu swoich granic, zastanowieniu się, czego Pani potrzebuje, aby czuć się bezpieczniej.
Jeżeli ma Pani możliwość, bardzo zachęcałabym do skorzystania ze wsparcia psychologicznego — szczególnie u osoby mającej doświadczenie w pracy z przemocą w relacjach. Nie dlatego, że „coś jest z Panią nie tak”, ale dlatego, że po tylu latach dźwigania tak trudnej sytuacji warto mieć obok kogoś, kto pomoże Pani odzyskać siłę i spojrzeć na swoje możliwości.
To, że przez wiele lat próbowała Pani ratować tę relację, świadczy o tym, że była Pani zaangażowana i chciała Pani wierzyć w zmianę. Teraz równie ważne jest pytanie: czego potrzebuje Pani, żeby sama czuć się dobrze i bezpiecznie.
~ Jagoda Jek, psycholożka i seksuolożka
Piotr Ziomber
Dzień dobry
Weszła Pani w relację z osoba uzależnioną, więc jakby pani sama jest współuzależniona. Nie ma żadnej winy w działaniach partnera, ale musze Panią zmartwić. Każda kolejna szansa i obietnice poprawy będą pustą iluzją. Ma Pani prawo do życia w spokoju i szacunku. Co może Pani zrobić? Pierwsza opcja to jest odejście i rozpoczęcie życia bez ciągłego strachu, ze nastąpi cios. Druga opcja to zgłoszenie anonimowo go do Gminnej komisji ds. Uzależnień gdzie zostanie wezwany i przesłuchany na tę okoliczność. trzecia to zgłoszenie na Niebieską Linię i założenie mu Niebieskiej Karty. Jest pani zmęczona i zrezygnowana, ale jeżeli pojawiają się "ciężkie myśli". to proszę dzwonić na 112. W sieci ma Pani także anonimowe numery, gdzie uzyska Pani wsparcie.

Zobacz podobne
Dzień dobry. Od tego roku mierzę się z Chad. Mam pytanie, jaka psychoterapia by mi pomogła? Powoli pokonuje mnie depresja, nie radzę sobie. Przeszłam ogromną traumę, mój mąż popełnił samobójstwo. Proszę o odpowiedź.
Mam 47 lat byłem 2 razy zdradzony, teraz jestem w 3 związku. Mam taki okropny strach, że znowu będę zdradzony, bo dziewczyna zaczęła za każdym razem, jak wchodzę, gdzie ONA jest, wychodzić ze wszystkich stron na kom .rozmawiałem z Nią o tej sytuacji ONA mówi, że przesadzam. Teraz pytam się Jej po 10 razy dziennie, czy mnie zdradzi, już nie wiem, czy zemną coś nie tak? Miałem trudne dzieciństwo, niską samoocenę, nie wiem, co robić
Dzień dobry, przychodzę z tematem, który ostatnio przybrał na sile i zastanawiam się jak go rozwiązać. Zanim przejdę do rzeczy opowiem część swojej historii, jako że jest ona istotna dla całokształtu. W podstawówce przeżyłam piekło. Z opowieści wiem, że od zawsze byłam cichym i wycofanym dzieckiem. Moi młodociani oprawcy szybko to zauważyli i z biegiem lat stałam się ich ulubionym kozłem ofiarnym. Każdy dzień wystawiał mnie na próbę, do której nie byłam przygotowana. Wykluczenie, śmiech, kradzież/niszczenie mienia i plotki, a nawet przemoc fizyczna były rozłożoną w czasie codziennością. Wychowywałam się w rodzinie, w której królował chłód emocjonalny. Dominowała w nim matka z silnym rysem narcystycznym, a u jej boku stał ojciec- bierny neurotyk. Obydwoje pozbawieni krzty inteligencji emocjonalnej. Całe domowe przewodnictwo opierało się na kontroli. Nie miałam prawa płakać, zezłościć się czy obrazić. Panowała wszechobecna zasada "dzieci i ryby głosu nie mają". O jakąkolwiek formę miłości musiałam walczyć, bo stanowiła ona część warunkową. Zawsze wiedziałam, że jestem niewystarczająca, a inne dzieci w rodzinie na tle moim (i mojej siostry) były gloryfikowane. W przypadku nieposłuszeństwa w grę często wchodziły kary pasywno-agresywne na przemian z krzykiem, który do dziś mną wstrząsa. Oprócz tego zdarzyło się, że dostałam kablem lub klapsa. Nauczono mnie, że w sytuacjach kryzysowych nie mogę się bronić przed innymi, a rozwiązaniem wszystkich kłopotów jest zupełny brak reakcji. Do dziś mam przez to problemy ze stawianiem granic i daje wykorzystywać się na każdym kroku. Wydarzenia w szkole z biegiem lat eskalowały do poziomu, którego nie byłam w stanie okiełznać młodym umysłem. Niejednokrotnie w placówce działy się rzeczy, które na spokojnie mogłyby się skończyć pozwem. Nikt jednak z dorosłych nie stanął nigdy w mojej obronie, a słowo "wsparcie" nie istniało w moim słowniku. Całe cierpienie dźwigałam więc sama. Pod koniec podstawówki, do psychicznego znęcania się nade mną, dołączyli także nauczyciele. Była to szkoła prywatna, w której- jak z perspektywy czasu podejrzewam- panowała zmowa milczenia. Nie było dnia, w którym nie myślałam o samobójstwie. Okres gimnazjum był tylko drugim etapem koszmaru. Tym razem nie był to jednak problem po stronie rówieśników- był to moment, w którym mózg zaczął płatać mi figle. Zanim trafiłam do nowej szkoły, rozwinęła się u mnie silna nerwica z drgawkami, które sukcesywnie przybierały na mocy i zostały ze mną na lata. Był to także moment, w którym zaczęła się moja przygoda z depresją. Mniej więcej w połowie programu nauczania, szkoła obligatoryjnie skierowała mnie do zaznajomionej placówki na testy psychologiczne. Moi rodzice, którzy bagatelizowali moje objawy przez całe życie, pierwszy raz zostali postawieni pod ścianą. Finalnie nie otrzymałam tam żadnej pomocy, za to usłyszałam od jednej Pani, że na jej oko (bez żadnych testów) to ADHD i próba zwrócenia na siebie uwagi. Stwierdziła, że powinnam więcej uśmiechać się do rówieśników, a wieczorem pobiegać i poobserwować piękno natury. Moi rodzice uradowani, że nic mi nie jest, postanowili dalej przyglądać się jak chylę się ku upadkowi. Kolejnym punktem na mojej ścieżce było technikum, które pogorszyło sprawę do stopnia, w którym przestałam wychodzić z domu. Był to czas kiedy wydzwaniano do mojej matki i grożono mi kuratorem za nieusprawiedliwione godziny. Opuściłam to miejsce po roku batalii i tak trafiłam do liceum, które ukończyłam parę lat temu. Wspominam to miejsce jako pierwsze, w którym odnalazłam nadzieję. Moja wychowawczyni okazała się dość ciepłą osobą. Po paraliżującym ataku paniki na wyjeździe integracyjnym, szybko zorientowała się, że mam poważny problem. Jako pierwsza przemówiła mojemu ojcu do rozsądku, żeby natychmiast wysłał mnie do psychiatry i w końcu- stało się. To tam otrzymałam prawdziwą diagnozę i od razu włączono mi leki na przywrócenie równowagi psychicznej. To wtedy po raz pierwszy poczułam, że żyję. Po kilku miesiącach odzyskałam witalność i większą kontrolę nad tym, co się działo z moim ciałem. Spróbowałam także terapii, ale szybko zorientowałam się, że trafiłam na człowieka, który jedynie żerował na cudzych pieniądzach. Zrezygnowałam, a po maturze odstawiłam leki z nadzieją, że będzie lepiej. Historia jednak się powtórzyła. Wszystkie objawy wróciły do mnie jak bumerang po roku w miarę stabilnego życia. Był to okres, w którym wpadłam w marazm, wykształciłam jeszcze więcej mechanizmów obronnych i zastygłam w miejscu. Postanowiłam wybrać się na studia, jednak każda kolejna placówka jawiła się w mojej głowie jako horror. Ze względu na stan psychiczny, odpadłam po kilku miesiącach. Po wielu latach od wydarzeń z podstawówki zaczęłam obserwować u siebie ogromne problemy z pamięcią. Na początku myślałam, że to nic takiego i zwalałam to na brak motywacji czy zmęczenie, ale sytuacja zaczęła realnie przeszkadzać mi w codziennym życiu. Braki w pamięci dotyczyły tego co robię w ciągu dnia, odbytych konwersacji, wydanych poleceń czy konkretnych rzeczy, po które miałam się udać. Niedługo potem szlag trafił także pamięć wzrokową. Niezależnie od tematu, informacje czytane z książek natychmiast wylatywały mi z głowy. Po małej przerwie, nie byłam już w stanie przytoczyć z głowy nawet głównych aspektów danej pozycji. Oglądane filmy czy seriale, mogłam powtarzać kilkukrotnie, będąc pewna, że niektóre sceny widzę na oczy po raz pierwszy. Nierzadko zapominałam też pojedynczych słów lub wyrażeń i zacinałam się w środku rozmowy. Ten stan towarzyszy mi do dziś. Czuję, że każda moja czynność traci sens. Zdarza się, że kiedy o czymś pomyślę i tego nie zapiszę, przepada na zawsze. Nie pamiętam również prawie żadnych wydarzeń ze swojego dzieciństwa, wyłączając połowę podstawówki i pojedyncze urywki z przedszkola. Z żalem obserwuję wspomnienia innych osób, gdy wiem, że mój świat zaczął istnieć dopiero w wieku nastoletnim. Aktualnie od niemal roku uczęszczam na udaną terapię, gdzie dowiedziałam się, że mój stan jest spowodowany zniszczonym układem nerwowym, traumą i podświadomym "sortowaniem" bezpiecznych informacji. Moja terapeutka wierzy, że każdy temat jest do przepracowania, ale końcowy wynik jest zależny od wspólnej pracy i indywidualnej reakcji psychiki. Czy to chwila, w której nie ma już dla mnie nadziei? Przetrwałam koszmar i mimo przeciwności losu pragnę się rozwijać, iść dalej, a w przyszłości założyć własną rodzinę. Panicznie boję się, że duchy przeszłości nigdy mnie nie opuszczą i zmarnuję sobie szansę na normalne życie. Do dzisiaj targają mną lęki, gwałtownie zmienny nastrój z mocnymi stanami depresyjnymi i codzienną anhedonią. Wszystko wydaje się płaskie i obojętne. Jak odbudować normalne życie? Moja terapeutka twierdzi, że to nie jest jeszcze stan, w którym powinnam wrócić do leków, a ja mam wątpliwości.

