
- Strona główna
- Forum
- kryzysy, uzależnienia, związki i relacje
- Zaloba po smierci...
Zaloba po smierci partnera i poczucie winy po jego nalogu - jak przetrwac ten trudny czas?
Treść wrażliwaMagdalena Zgraja
Dzień dobry.
To, co się wydarzyło, było dla Pani ogromnym szokiem i nic dziwnego, że teraz pojawia się poczucie winy i pytanie, czy mogła Pani zrobić więcej.
Chcę jednak bardzo wyraźnie powiedzieć: to nie Pani spowodowała jego powrót do alkoholu i nie Pani była odpowiedzialna za to, czy będzie pił, czy nie. Wobec uzależnienia drugiej osoby bardzo często jesteśmy po prostu bezsilni. Miłość, obecność czy prośby nie dają nam kontroli nad cudzym nałogiem.
To, że Pani się wyprowadziła i powiedziała, że chce z nim być, ale nie z alkoholem, nie oznacza, że zrobiła Pani za mało. Miała Pani prawo chronić siebie i swoje dziecko.
To bardzo świeża żałoba i nie musi Pani przechodzić przez nią sama. Szczególnie że pisze Pani, iż dziecko „trzyma Panią przy życiu”. Proszę potraktować to poważnie i poszukać teraz wsparcia kogoś bliskiego albo specjalisty. Jeśli pojawi się obawa, że może Pani zrobić sobie krzywdę, proszę od razu wezwać pomoc pod numerem 112.
Pozdrawiam
Magdalena Zgraja - psycholog
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Agnieszka Rek
Dzień dobry,
Przyjmuje Pani na siebie w tej chwili niewyobrażalny ciężar, dlatego chcę, żeby jako pierwsze dotarło do Pani jedno fundamentalne zdanie: Pani nie jest winna jego śmierci i to nie Pani wywołała jego nałóg. W stanie ostrego szoku po nagłej, tragicznej stracie umysł desperacko szuka punktu kontroli. Zaczyna wmawiać: „gdybym wtedy nie wyszła, gdybym tam była, on by żył”. To naturalny mechanizm obronny żałoby, ale jest to iluzja. Uzależnienie to śmiertelna, postępująca choroba, z którą on zmagał się na długo przed Waszym sporem. Żadna miłość, prośby, telefony ani obecność partnerki nie są w stanie zatrzymać czynnego nałogu, dopóki chory sam nie podejmie specjalistycznego leczenia. To, że postawiła Pani granicę, by chronić siebie i swoje małe dziecko przed życiem w cieniu alkoholu, było w tamtym momencie jedyną dojrzałą i odpowiedzialną decyzją, jaką mogła podjąć matka. Nie była Pani w stanie być jego lekarzem ani terapeutą.
W pytaniu pyta Pani, jak przetrwać ten czas i czy poradzi sobie Pani z tymi myślami. Przede wszystkim proszę zejść z myśleniem do perspektywy jednej godziny. W ostrym kryzysie nie musi Pani wiedzieć, jak przeżyć kolejny tydzień czy miesiąc. Liczy się tylko najbliższa chwila: wziąć oddech, nakarmić dziecko, wypić szklankę wody, zadbać o podstawowe potrzeby i dotrwać do wieczora. To dziecko trzyma Panią przy życiu i jest Pani kotwicą, ale ono potrzebuje mamy, która pozwoli pomóc także sobie. Jest Pani w stanie ostrej traumy i żałoby powikłanej paraliżującym poczuciem winy - z takim ciężarem absolutnie nikt nie powinien mierzyć się w pojedynkę. Bardzo proszę nie zostawać z tym samej. Proszę zgłosić się do najbliższego Ośrodka Interwencji Kryzysowej, gdzie pomoc psychologiczna jest bezpłatna i udzielana natychmiast, bez skierowania. Warto też skonsultować się z lekarzem psychiatrą i psychoterapeutą, by medycznie zabezpieczyć Pani układ nerwowy i sen. W chwilach, gdy lęk i bolesne myśli stają się nie do wytrzymania, może Pani o każdej porze zadzwonić pod bezpłatny Kryzysowy Telefon Zaufania: 116 123 lub Telefon Wsparcia Emocjonalnego: 800 108 108.
Pani dziecko potrzebuje bezpiecznej mamy, ale żeby mogła Pani dać mu oparcie, musi Pani pozwolić, by teraz ktoś zaopiekował się Panią.
Pozdrawiam ciepło,
mgr Agnieszka Rek, psycholog
Bożena Nagórska
Dzień dobry.
Śmierć ukochanej osoby to ogromny cios, a poczucie winy jest częstym, choć bardzo okrutnym etapem żałoby – prosimy pamiętać, że nie ponosi Pani odpowiedzialności za uzależnienie i wybory drugiego człowieka. Dbanie o małe dziecko daje silny punkt oparcia, jednak sama konfrontacja z tak głębokim bólem wymaga również zaopiekowania się własnymi potrzebami emocjonalnymi. Aby przejść przez ten trudny czas i ulżyć paraliżującym myślom, warto sięgnąć po profesjonalne wsparcie psychologa lub udać się do lokalnego Ośrodka Interwencji Kryzysowej, gdzie otrzyma Pani bezpłatną pomoc w żałobie.
Wszystkiego dobrego.
Bożena Nagórska
Jagoda Jek
To, co teraz przeżywasz, może być szczególnie trudne, bo oprócz żałoby pojawiło się ogromne poczucie winy i myśli „mogłam zrobić więcej”. Chciałabym jednak zwrócić uwagę na jedną ważną rzecz: jego uzależnienie i decyzje nie były czymś, co mogłaś własnymi działaniami kontrolować. To, że nie pojechałaś do niego, nie oznacza, że spowodowałaś jego śmierć. Postawiłaś granicę i oczekiwałaś, że podejmie leczenie – nie mogłaś przewidzieć, jak potoczą się wydarzenia.
W żałobie umysł bardzo często wraca do scenariuszy „co by było, gdybym...”. Problem w tym, że znamy zakończenie historii i próbujemy znaleźć moment, w którym mogliśmy je zmienić. To daje złudzenie kontroli, ale niekoniecznie odpowiada rzeczywistości.
Nie próbowałabym teraz przechodzić przez to całkowicie sama. Masz dziecko, o które musisz dbać, ale ono nie powinno być jedynym powodem, dla którego trzymasz się życia. Poszukaj dorosłej osoby, która może być teraz przy Tobie – rodziny, przyjaciółki, psychologa, lekarza. W pierwszych dniach po takiej wiadomości warto zadbać nawet o bardzo podstawowe rzeczy: jedzenie, sen, odpoczynek i to, żeby nie zostawać samotnie z najtrudniejszymi momentami.
Jeśli pojawią się myśli, że możesz zrobić sobie krzywdę albo poczujesz, że nie jesteś w stanie zapewnić bezpieczeństwa sobie lub dziecku, nie zostawaj sama – zgłoś się po pilną pomoc lub zadzwoń pod 112.
I nie musisz teraz „pogodzić się” z jego śmiercią. Na tym etapie wystarczy przeżyć kolejny dzień. Płacz, złość, tęsknota, poczucie winy czy niedowierzanie mogą się przeplatać. To nie znaczy, że źle przeżywasz żałobę.
~ Jagoda Jek, psycholożka

Zobacz podobne
Na wstępie przepraszam wszystkich, jeśli ten wpis sprawia wrażenie chaotycznego i zbyt długiego. Potrzebuję pomocy.
Jestem chyba już na 4-tej terapii i ta z kolei trwa już ok. 2 lat i robi się coraz groźniej. Na stronie mojego terapeuty widnieje informacja, że pracuje on w nurcie psychoanalitycznym (psychodynamicznym). Terapeuta zachowuje się tak, jakby miał w głębokim poważaniu co ze mną będzie, pomimo że nigdy nie wiedziałem i nadal nie wiem w jaki sposób miałbym rozwiązać swoje problemy. Co więcej, gdy widzę jakie rozwiązania zostają mi po terapii (czyli to co wiedziałem i przed terapią) to nie chcę tego robić, bo przecież na tym m.in. problem polega, że chcę uciec od cierpienia.
Terapia ta przypomina jakieś szaleństwo, przykładowo gdy wspomniałem mu, że martwię się wypadającymi włosami to ten śmiał się mówiąc, że przejmuję się takimi rzeczami (wg. niego nic nie znaczącymi) zamiast przejmować się tym, że lada moment, gdy zostanę sam umrę z głodu ... Jakby tego było mało straszy mnie możliwością zachorowania na raka i konsekwencjami chemii bez posiadanego ubezpieczenia zdrowotnego ... W innym momencie mówi coś skrajnie przeciwnego, że naprawdę wierzy, że można tak żyć i w tym nie ma niczego niewłaściwego. Czy on się mną bawi ?! Czy to nie jest skrajnie nieetyczne działanie ?! A może to zwykła technika służąca temu bym się na niego porządnie wkurzył, a tego się bardzo boję i wstydzę ??
W moim życiu największą rolę odegrała matka, której nadopiekuńczość zniszczyło mi poczucie własnej wartości i sprawczości + "rówieśnicy", którzy w szkole się nade mną znęcali, co tylko pogłębiało moje deficyty i chęć ucieczki w kierunku domowego azylu. Teraz mam 37 lat, nigdy nie byłem w żadnym związku, nie miałem dziewczyny, nie mam znajomych, nie mam od wielu lat pracy, mieszkam z rodzicami, nie wyobrażam sobie już życia poza domem jak i ciągle w nim. Nigdy nie byłem, nie jestem i uważam, że jak tak dalej będzie to i nigdy nie będę w stanie zdecydować w jaką stronę pójść. Boję się każdej pracy, boję się poznawania ludzi, boję się oceny, boję się życia, boję się bólu, boję się bania i "żyję" pod dyktandem niewyobrażalnie toksycznego wstydu, który rośnie wraz z wiekiem i wciąż niekończącej się bezsilności, oraz ciągłego narzekania (tak jak to robią moi rodzice). Zdanie by "wziąć odpowiedzialność za swoje życie" rozumiem tak naprawdę jako "poddać się karze", której przecież najbardziej się boję i której całe życie chcę uniknąć. Mój terapeuta zachowuje się jakby tego totalnie nie rozumiał dobijając mnie coraz bardziej.
Co ja mam zrobić ?! Przecież nie chcę skończyć na ulicy, a na dodatek nie chcę życia obciążonego konsekwencjami, których nie mogę już naprawić jak chociażby to, że jeśli jakimś cudem dożyje do emerytury to będzie ona głodowa i zginę tak czy siak, nie wspominając już o tym, że resztę życia spędzę samotnie ... Takie życie to koszmar, z którego już się nie wybudzę, a jedynym "pocieszeniem" jest samobójstwo lub śmierć naturalna. Doszedłem do wniosku, że założyłem sobie by terapia była dla mnie czymś co daje mi poczucie wyjścia do ludzi, ale w bezpiecznym środowisku. Skoro życie poza terapią nie toczy się w takim środowisku to terapia mi nie pomoże. A może problem leży w niedopasowaniu terapii do mnie ? Jeśli tak to proszę o informację w jakim nurcie powinienem się poruszać. Błagam o pomoc pomimo, że już prawie straciłem ostatnie resztki nadziei.

