Left ArrowWstecz

Zespół Turnera, wyzwania z aparatami słuchowymi i bezpłodnością, szukanie wsparcia.

Witam! Jestem 24-letnią kobietą. Aktualnie zakończyłam 4 rok kierunku lekarskiego, idę więc na piąty. 

Jaki jest mój problem? Otóż - mam zespół Turnera. Wiadomo - bezpłodność, niedosłuch. Aparaty słuchowe mi potwornie wręcz przeszkadzają - nie noszę ich. Dźwięki (testowałam różne modele, protetycy próbowali zmieniać ustawienia) są nienaturalne, głosy bliskich brzmią zupełnie inaczej, to było straszne. Już bardziej akceptowałam te douszne, w tych zausznych nie mogłam biegać, czy się ruszać głową, bo strasznie trzeszczało, ale ogólnie nienawidzę mieć czegoś w uchu lub koło ucha, bardzo mi to przeszkadza mimo, że próbowałam to z zaciśniętymi zębami nosić i się przyzwyczajać. A po drugie uwielbiam czesać w wysoko upięte fryzury z odsłoniętymi uszami (koki, korony z warkocza), w których wyglądałam o niebo lepiej, czuję się kobieco i mam smuklejszą buzię i każdy mi tak mówił, ale z dwojga złego wolę fryzurę, w której wyglądam niekorzystnie jak widoczne aparaty. 

No i rodzice, którzy wręcz krzyczeli na mnie jak nie chciałam ich nosić i zabrali podstępem i nic nie mówiąc do protetyka jak miałam niecałe 18 lat. I szczerze - skłonna byłabym iść jeszcze raz do audiologa choćby na konsultację, żeby tylko porozmawiać i dowiedzieć się jakie są obecnie możliwości i czy nie ma czegoś, co by zarówno mi pomogło, ale i byłoby dla mnie akceptowalne, ale obawiam się, czy znajdę kompetentnego lekarza. 

Jak byłam na oddziale audiologicznym to spora rzesza pracowników nosiła fartuchy z logo pewnej firmy produkującej aparaty słuchowe, a lekarka prowadząca nic nie wytłumaczyła, tylko powiedziała, że to jedyne rozwiązanie i już. 

Co do bezpłodności - też jest ciężko (i widzę, że innym, którzy nie mogą mieć dzieci, choćby na YT także jest z tym piekielnie ciężko - niektórzy adoptują, niektórzy z bólem serca postanawiają, że we dwójkę będą dla siebie rodziną, niektórzy nie wytrzymują i się rozstają) i z tego właśnie powodu unikam relacji romantycznych. Co więcej nigdy nie byłam w związku, nigdy nawet nie próbowałam. Bo wiem, że rodzicielstwo to podstawowe pragnienie zdecydowanej większości, szczególnie mężczyzn, jak mówią statystyki, a jak trafiłby mi się płodny partner to nie chciałabym mu tej możliwości odbierać. Jestem też realistką i wiem, że przez wielu byłabym z tego powodu odrzucona na starcie, więc nie widzę sensu, żeby próbować. A nawet jak pierw zaakceptuje to co będzie za 10,15, 20 lat jeśli stwierdzi, że dzieci jednak chce mieć? Zostanę sama jak palec mimo, że inwestowałam tyle lat w związek, a takiej sytuacji bardzo chciałabym uniknąć. 

Ale gdybym miała już wybierać to wolałabym życie z partnerem we dwoje ze zwierzakami - na adopcję żyjącego dziecka nie mam siły (tak, inni myślą, że to jak adopcja pieska czy kotka ze schroniska - wpadam do ośrodka adopcyjnego, wybieram dzieciaka, pokazuję pani z ośrodka paluchem którego i dzieciak jest mój, ale to zupełnie inna procedura), in vitro z komórką dawczyni etycznie do mnie nie przemawia, ewentualnie mogłabym zastanowić się nad adopcją zarodka. Ciężko mi chodzić do ginekologa (szczególnie, że jak miałam 18 lat w jednej z klinik zostałam potraktowana jak przedmiot do prezentacji studentom) i dawno tam nie byłam, ogólnie też źle się czułam po terapii hormonalnej. 

Kolejna kwestia jest taka, że wszyscy w mojej rodzinie biologicznej są zdrowi, mają dzieci biologiczne i… niestety nikt a nikt mnie nie rozumie. Wszyscy to bagatelizują - aparaty słuchowe to nie problem, przecież dużo osób ma (no eureka, ale są to osoby 70/80+!!!, a nie 20-paroletnie!), a dziecko sobie adoptujesz, są osoby młodsze od ciebie, chore na raka, które modlą się o życie, nie wymyślaj, nie masz źle. Może chcą mnie zmotywować taką gadką? Ale przecież mnie to nie motywuje, wręcz przeciwnie, czuję się zdołowana i przybita po takim czymś. Generalnie całe życie w zasadzie nauczona przez rodzinę byłam obracać się w kręgu zdrowych ludzi, bo w rodzinie tylko zdrowi i tylko wśród takich ludzi się obracają, w zasadzie nie znam osobiście ludzi z widocznymi niepełnosprawnościami, szczególnie młodych. Jeśli już to pokazywano mi je gdzieś z boku, pokazując i mówiąc o nich półgębkiem i ukradkiem. 

Wyjątek stanowi moja przyjaciółka - ma wady wrodzone, od dziecka przeszła multum operacji, też przez to nie może mieć dzieci. Jest ona jedyną osobą, której mogę ponarzekać w tej kwestii. Poznała teraz chłopaka i sama mi mówiła, że jak miała mu o swoich chorobach powiedzieć to jej serce ze stresu do gardła podchodziło. Zaakceptował to i w sumie to cieszę, że są jeszcze być może gdzieś ludzie, dla których to nie problem, ale większość taka nie jest. Mam też Hashimoto - tak, jestem leczona, chodzę regularnie do endokrynologa, biorę codziennie rano tabletkę, ale to tam pestka, bo powiedzmy sobie szczerze - co to jest jedna tabletka dziennie, jedno pobranie krwi raz na pół roku i jedna wizyta u endokrynologa z USG tarczycy raz na rok/dwa lata… Oczywiście dietę też stosuję i konsultowałam się pod tym kontem dietetycznie - ale dzisiaj jest tyle możliwości jej komponowania, a szczególnie jak trafi się na dobrego dietetyka i tyle dostępnych składników, że to też nic, tarczycę mam idealnie wyrównaną. Szczerze… na diabetologii jedna prowadząca powiedziała zdanie, które totalnie do mnie przemówiło. A mianowicie, że wydaje jej się, że cukrzycy z DM1, którzy nie chcą pomp insulinowych nie zaakceptowali swojej choroby i się z nią do końca nie pogodzili. Powiedziała też, że wiele młodych dziewczyn latem (kiedy się nosi lżejsze ubrania - np. sukieneczki, spódniczki, crop topy) przychodzi do niej, żeby przestawiła je z pomp z powrotem na peny, żeby nie musieć nosić widocznej pompy. 

Za dwa lata skończę studia (radzę sobie nieźle, na tym roku miałam średnią nieco ponad 4), stanę się niezależna i tak rozmyślam wtedy nad swoimi relacjami. Myślałam, żeby rozluźnić więzi z rodziną biologiczną (oprócz babci, która bardzo mnie kocha i choć też mnie nie do końca rozumie, to przynajmniej się jakoś stara). Co do relacji z rodzicami - ciężko jest i choć podczas roku akademickiego nie mieszkam z nimi na codzień, to jestem od nich jeszcze finansowo zależna. Nie mogę im nawet z przeszklonymi oczami wspomnieć, że jest mi po prostu z tą chorobą trudno. Czasem sama płaczę w nocy w poduszkę. Tłumaczę im, że moja choroba to nie alergia ani wada wzroku, ani nawet cukrzyca, tylko że ma to ogromny wpływ na życie - społeczne, romantyczne, etc - na każdy jego aspekt w zasadzie. Do mamy nie dociera, że ci ludzie, którzy nie mogą mieć dzieci, których zna weszli w związek nie wiedząc, że będą mieli problemy z płodnością, a wchodzenie w związek ze świadomością trwałej bezpłodności to zupełnie inna rzecz. I nie rozumie też tego, że to, że ona mnie kocha wcale nie oznacza, że społeczeństwo będzie mnie w 100% akceptować. Powiedziała też kiedyś - no, minie okres dojrzewania to jej przejdzie myślenie o tej chorobie i te kompleksy, bo to tylko w okresie dojrzewania. Spoiler - nie, nie przeszło, jest jeszcze gorzej. Jako dziecko byłam zupełnie inna - żwawa, ruchliwa, wygadana, przebojowa, nieśmiała tylko czasami i tylko w stosunku do obcych, ale jak zobaczyłam, że jakaś nowa osoba jest w porządku to szybko ją akceptowałam, wszędzie mnie było pełno, nie miałam oporów, żeby zapukać w randomowym dniu do sąsiadki z góry i pokazać jej swoje nowe ciuchy, zagadywałam ludzi w pociągu, etc. Ale wtedy nie różniłam się w zasadzie od innych dzieci, funkcjonowałam jako zdrowe dziecko, zdiagnozowano mnie w wieku 6 lat. I nawet wtedy nie było problemu - akceptowałam branie hormonu wzrostu, choć czasem denerwowało mnie, że muszę jeździć do kliniki, jak chyba każde dziecko, które chce spędzić dzień w szkole z rówieśnikami, a nie może. 

To wszystko zaczęło się parę lat później. Pierw kompleksem był mój wzrost, ale dzisiaj absolutnie mi to nie przeszkadza, lubię być niewysoka i drobna. No a potem przyszło to, co wyżej. I tak, rodzice w wieku 13 lat posłali mnie do psychologa, bo "nie miałam koleżanek" w 1 kl. gimnazjum, ale w celu naprawienia mnie. Psycholog na ostatniej wizycie powiedziała mojej mamie "to nie z nią jest coś nie tak, tylko z panią". Ja miałam tylko inne zainteresowania jak dziewczyny w moim wieku - pasjonowałam się nauką, a nie bieganiem za chłopakami, więc nie miałam koleżanek, bo nie miałam z nimi tematów do rozmów. W sumie dobrze mi na tych studiach i cieszę się, że dobrze sobie na nich radzę, oczywiście skończę je, bo szkoda 4 lat, audiolog mówiła, że najlepiej wybrać w takim wypadku specjalizację zabiegową (i chirurgia mi się podoba, kilkukornie asystowałam do operacji i to było świetne), ale gdybym wiedziała, że będę niedosłysząca wybrałabym nieco inną ścieżkę kariery - byłam w gimnazjum i liceum pasjonatką fizyki i wszechświata, książki Hawkinga przeczytałam jednym tchem, myślę, że wtedy poszłabym w jakąś astrofizykę.

 

 I na koniec moje pytanie - niestety teraz studiuję, nie pracuję i nie stać mnie na terapię prywatną i czy lepiej skorzystać z psychologa w ramach NFZ (mam możliwość, że kiedy pójdę z legitymacją do studenckiej przychodni nie będę czekać na wizytę więcej jak 2 tygodnie), czy lepiej znaleźć psychologa w jakiejś fundacji wspierającej osoby z niepełnosprawnościami? Czy może warto iść na grupę wsparcia? Przepraszam za trochę chaotyczny wpis, pisałam, co mi przyszło do głowy. Pozdrawiam, i z góry dziękuję za odpowiedzi!

User Forum

ABCDE

10 miesięcy temu
Dorota Żurek

Dorota Żurek

Dzień dobry, każda choroba przewlekła to duże obciążenie psychiczne, a szczególnie zdiagnozowana w tak młodym wieku, jak u Pani. Jednak widać, że jest Pani niezwykle silną osobą, dojrzałą emocjonalnie i zmotywowaną, by osiągać wyznaczone cele. Może być Pani naprawdę z siebie dumna. Jednak proszę nie zamykać się na relacje z innymi oraz dać sobie szansę na związek z odpowiednim partnerem. Myślę, że może Pani zacząć od terapii indywidualnej, a po pewnym czasie, gdy uzna Pani, że to odpowiedni moment, jak najbardziej spróbować terapii grupowej, która pomoże otworzyć się na innych ludzi. 

 

Pozdrawiam,

Dorota Żurek- psycholog 

10 miesięcy temu

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Bartłomiej Borys

Bartłomiej Borys

Witam Panią serdecznie!

Dziękuję Pani bardzo za tak otwarte i szczegółowe podzielenie się swoimi doświadczeniami i uczuciami. Słyszę, jak wiele Pani przeszła i z jakimi wyzwaniami się Pani mierzy, zarówno w kontekście zdrowotnym, jak i społecznym oraz emocjonalnym. To, co Pani opisała, jest bardzo poruszające i pokazuje ogromną siłę, z jaką Pani radzi sobie z wieloma trudnościami, jednocześnie niosąc w sobie głęboki ból i niezrozumienie.

Rozumiem, że ten wpis jest chaotyczny – to jest absolutnie w porządku. Kiedy w głowie buzuje tyle emocji, myśli i nierozwiązanych kwestii, trudno o linearną narrację. Ważne, że pozwoliła sobie Pani to wszystko z siebie wylać.

Słyszę Pani frustrację i ból związany z zespołem Turnera. Niedosłuch, który utrudnia funkcjonowanie i sprawia, że aparaty słuchowe stają się źródłem dyskomfortu, a nawet cierpienia, jest ogromnym obciążeniem. To naturalne, że szuka Pani rozwiązań, które będą dla Pani akceptowalne, zarówno pod względem funkcjonalnym, estetycznym, jak i po prostu komfortu. Pani doświadczenia z audiologiem i jego brakiem empatii oraz transparentności są bardzo zniechęcające. Obawa przed znalezieniem kompetentnego lekarza, który wysłucha Pani potrzeb, a nie tylko narzuci gotowe rozwiązania, jest w pełni uzasadniona. To bardzo ważne, aby Pani potrzeby i komfort były na pierwszym miejscu w procesie leczenia.

Kwestia bezpłodności jest kolejnym ogromnym źródłem cierpienia i lęku, który ma potężny wpływ na Pani życie romantyczne. Rozumiem, dlaczego unika Pani relacji – ten lęk przed odrzuceniem, przed odebraniem partnerowi możliwości rodzicielstwa, a w konsekwencji, przed samotnością po latach inwestycji w związek, jest paraliżujący. Pani realistyczne podejście do statystyk i pragnień mężczyzn w kontekście rodzicielstwa, choć bolesne, jest odzwierciedleniem głębokiego zrozumienia społecznych oczekiwań. Widzę, jak bardzo Pani rozważa różne scenariusze i próbuje się chronić przed potencjalnym bólem. Pani dylematy dotyczące adopcji i in vitro z komórką dawczyni są niezwykle osobiste i etyczne, i to zrozumiałe, że budzą tyle wewnętrznych rozważań. Doświadczenia z ginekologami, gdzie czuła się Pani "przedmiotem do prezentacji", z pewnością wzmocniły niechęć do poszukiwania pomocy w tej sferze.

To, co najbardziej uderza w Pani opowieści, to brak zrozumienia i bagatelizowanie Pani doświadczeń przez najbliższą rodzinę. Słowa takie jak „nie wymyślaj”, „nie masz źle”, porównywanie Pani sytuacji do osób 70-letnich noszących aparaty, czy do osób chorych na raka, są niezwykle krzywdzące. Zamiast wspierać i motywować, takie komentarze wywołują poczucie niezrozumienia, osamotnienia i jeszcze większego przygnębienia. To pokazuje, jak ważne jest otoczenie, które potrafi validować Pani uczucia, zamiast je deprecjonować. To, że Pani rodzina, sama będąc „zdrowa”, nie ma narzędzi, by zrozumieć Pani perspektywę, jest bardzo trudne. Brak możliwości otwartego porozmawiania z rodzicami o tym, jak ciężko jest Pani z chorobą, płakanie w poduszkę w nocy – to wszystko świadczy o ogromnym ciężarze emocjonalnym, który Pani nosi w samotności.

Pani obserwacja dotycząca dziewczyn z cukrzycą typu 1 i pomp insulinowych jest bardzo trafna i świetnie rezonuje z Pani własnymi doświadczeniami z aparatami słuchowymi. To pokazuje, że akceptacja choroby i jej widocznych aspektów jest procesem, który wiąże się nie tylko z fizjologią, ale przede wszystkim z psychiką, poczuciem własnej wartości i wizerunkiem społecznym. Niechęć do noszenia pompy, bo jest widoczna, jest analogiczna do Pani niechęci do aparatów słuchowych – to nie tylko kwestia komfortu, ale także lęku przed stygmatyzacją, innym postrzeganiem siebie i byciem „inną”. To jest Pani walka o to, żeby czuć się kobieco i swobodnie w swoim ciele, co jest absolutnie podstawową potrzebą.

Pani refleksje na temat własnego rozwoju, powrotu do radości, a także decyzje dotyczące studiów i planów zawodowych, pokazują Pani niezwykłą inteligencję, wytrwałość i zdolność do samorozwoju. To, że Pani sobie świetnie radzi na studiach, pomimo tych wszystkich obciążeń, jest imponujące. Marzenia o astrofizyce z przeszłości pokazują Pani ciekawość świata i intelektualny potencjał.

10 miesięcy temu
Monika Marszałek

Monika Marszałek

Dzień dobry,

 

Widzę w Pani bardzo młodą, ale jednocześnie niezwykle odważną, pracowitą, wrażliwą i świadomą siebie kobietę, która ma w sobie ogrom siły – mimo tak wielu pytań, niewysłowionego bólu i braku psychicznego wsparcia od najbliższych.

 

Myślę, że terapia indywidualna, która pozwoliłaby skupić się na procesie akceptacji choroby oraz przeżywaniu żałoby po utraconych możliwościach, mogłaby znacząco poprawić jakość Pani życia. Zachęcam, by obserwowała Pani swój nastrój – szczególnie te momenty, w których on się obniża – i zastanawiała się, czy wpływa to na codzienne funkcjonowanie (sen, relacje, motywację, poczucie sensu, jedzenie itp.).

 

W oczekiwaniu na możliwość rozpoczęcia psychoterapii proponuję spróbować prostego ćwiczenia:

Dzienniczek nastroju i emocji – przez kilka dni wieczorem zapisywać:

- co się dziś wydarzyło (nawet drobiazgi),

- co czułam/em w związku z tym (emocje, napięcia w ciele),

- co pomogło mi sobie z tym poradzić / co mogłoby pomóc,

- jak oceniam dzień w skali 1–10 pod kątem samopoczucia.

To ćwiczenie pozwala nie tylko zauważyć schematy i zależności, ale też daje przestrzeń na zauważenie tego, co wspiera i przynosi ulgę.

 

Jeśli ma Pani dostęp do psychologa w ramach przychodni studenckiej – warto skorzystać z tej możliwości. Warto też poszukać grupy wsparcia (online lub lokalnie), gdzie mogłaby Pani spotkać inne osoby z podobnymi doświadczeniami – by choć trochę przełamać poczucie osamotnienia.

 

Proszę pamiętać – to, że to, iż nie miała Pani wystarczającego wsparcia ze strony bliskich, nie oznacza, że wsparcia nie da się znaleźć gdzie indziej. A to, że Pani szuka, pyta i opisuje tak szczerze swoje doświadczenia – to ogromny krok w stronę zmiany.

 

Trzymam za Panią mocno kciuki.


Z wyrazami szacunku i ciepła,

 

Monika Marszałek

psycholog, coach kryzysowy

10 miesięcy temu
Olga Żuk

Olga Żuk

Nie musisz przepraszać – Twój wpis nie jest chaotyczny. Jest szczery, głęboki i bardzo poruszający. Widać, że długo nosisz to wszystko w sobie i próbujesz zrozumieć, jak się w tym wszystkim odnaleźć – w chorobie, relacjach, oczekiwaniach innych i własnym życiu. Masz prawo czuć się zmęczona, pogubiona i przeciążona.

To, co opisujesz, nie jest „wymyślaniem” ani „marudzeniem”. To bardzo realne, złożone i wielowarstwowe doświadczenie życia z zespołem Turnera – w świecie, który często nie daje miejsca na prawdziwe rozmowy o trudnych emocjach, niepełnosprawności, braku akceptacji, presji społecznej i samotności.

Twoje myślenie jest niezwykle dojrzałe i refleksyjne. To, że potrafisz tak dokładnie nazwać swoje emocje, wątpliwości, potrzeby i ograniczenia – to ogromna siła. Masz prawo szukać swojej drogi, stawiać pytania, a także mówić o tym, że nie chcesz być w relacji tylko po to, by się komuś przypodobać lub spełniać czyjeś oczekiwania.

Jeśli chodzi o Twoje pytanie: czy iść na psychoterapię na NFZ, czy do fundacji, czy może grupa wsparcia – myślę, że nie musisz wybierać tylko jednej z tych opcji.
Najważniejsze, żebyś mogła porozmawiać z kimś, kto potraktuje Cię z uwagą, szacunkiem i zrozumieniem.

Psycholog w przychodni studenckiej (na NFZ) może być dobrym pierwszym krokiem – szczególnie, jeśli nie ma długiego czasu oczekiwania. Warto spróbować, nawet jeśli to miałaby być tylko jedna rozmowa. Czasem sama możliwość wypowiedzenia tego, co nosisz w sobie, przed życzliwą osobą, daje ulgę.

Fundacje – często mają psychologów i terapeutów, którzy znają specyfikę życia z chorobą przewlekłą, niepełnosprawnością, doświadczeniem wykluczenia. Możesz sprawdzić, czy są takie miejsca, które wspierają osoby z zespołem Turnera lub ogólnie z chorobami rzadkimi.

Grupy wsparcia – mogą dać Ci coś bardzo ważnego: poczucie, że nie jesteś sama. Że są inni, którzy mają podobne rozterki, że można się dzielić nie tylko bólem, ale też śmiechem, żartami, nadzieją. Dobrze, że masz przyjaciółkę, która Cię rozumie – ale jeśli czujesz się samotna w tym wszystkim, to grupa może dać Ci dodatkowe oparcie.

Jeśli masz gotowość, by spróbować różnych opcji – zrób to. To nie zobowiązanie na zawsze, ale sprawdzenie, co Ci naprawdę służy. I pamiętaj – nawet jeśli część świata nie rozumie Twojego bólu, nie znaczy to, że jest on mniej ważny.

Dbaj o siebie tak, jakbyś była kimś, kogo kochasz najbardziej na świecie. Bo zasługujesz na to, by żyć godnie, w zgodzie ze sobą i bez poczucia winy, że coś czujesz. 

 

Pozdrawiam serdecznie,

Olga Żuk 

10 miesięcy temu
komunikacja w zwiazku

Darmowy test na jakość komunikacji w związku

Zobacz podobne

Nieetyczny psychiatra, bez wiedzy. Negował moje doświadczenia i trudności.
Witam. Po pierwszej wizycie u psychiatry czuję, że większość moich problemów była umniejszana lub negowana. Dla anonimowości powiedzmy, że mam "około" 27 lat i z powodu problemów psychicznych i innych zdrowotnych wyłączyłam się z tzw. normalnego życia 10 lat temu i od tego czasu nic się nie zmieniło i nie mam żadnej siły i perspektyw od siebie by się zmieniło. Mówiłam o trwających ciągle szkolnych lękach, przez które źle się czuję i nie mam wykrztałcenia (choć się bardzo dobrze uczyłam, ale zakończyłam edukację), braku przyjaciół/unikania znajomości od czasów szkoły, czucia się dalej jak dziecko i życia na koszt rodziny, posiadaniu za czasów dziecka niepełnej rodziny z różnymi kłopotami u bliskich krewnych, moich problemach zdrowotnych (z którymi chodzę do innego lekarza prywatnie ze wględu na brak ubezpieczenia i terminy). Oczywiście psychiatra pytał o różne rzeczy rodzinne i zdrowotne, ale wiele odpowiedzi potem było typu: ze znajomymi to wszystko zależy ode mnie, albo wiele osób jest z takich rodzin i potem żyją, negował też niektóre z problemów zdrowotych wpływających na moje ciało, bo skoro chodzę z tym już gdzieś to "musi być pod kontrolą" (chociaż tamten drugi lekarz wie, że mam przez to problemy z ciałem i duży wstyd i nie wszystkie są pod kontrolą leków, które biorę ze wględu na naturę problemu). Ogółem na wszystko podsumował, że potrzebuję zdecydowanie terapii, bo z takiego życia ciężko mi będzie wyjść i trzeba byłoby całe życie przestawić (co jest prawdą) i dał też leki antydepresyjne/przeciwlękowe na dzień i noc. Reszta rzeczy takie jak potrzeba zdrowego odżywiania czy sport była poruszana i o tych rzeczach wiem, bo mówiłam, że staram się robić na ile mogę (lubię sport, nie palę, nie piję), choć mimo tego nawroty zaburzeń odżywiania z brakiem apetytu co jakiś czas powracają. Czułam się dwuznacznie. Wiem, że wiele rzeczy musiałabym zrobić, ale jest tego tak dużo, że wiele lat temu zaprzestałam, bo już od szkolnych lat nie dawałam sobie rady z natłokiem stresu, ludźmi i problemami zdrowotnymi, które się zaczęły w wieku nastoletnim i trwają nadal, nie dawałam rady przystosować się do tego typowego życia i nie chcę tak żyć.
Jak poradzić sobie ze stresem przed terapią i badaniem medycznym?

Już jutro będę się dzieliła tą sytuacją z 2019 roku z nieudanej randki na terapii. Z jednej strony stresuję się... a z drugiej jestem zamrożona. Wyłączyłam emocje. Także ma to dwie strony medalu. Dodatkowo w sobotę mam usg piersi i jeszcze bardziej się denerwuję. Staram się robić cokolwiek, by o tym nie myśleć, no i nie zawsze wychodzi. Chciałabym już by była sobota wieczór...napiszcie mi coś miłego..coś co podtrzyma mnie na duchu Ps. Terapię mam jutro przed południem, a wizytę u lekarza w sobotę o 9.30.

Jakie nurty psychoterapii pracują z ciałem? Jak wygląda taka sesja?
Głównym problemem, o którym tutaj chcę napisać, jest mój ojciec.
Witam, mam 20 lat i choruje od około 3 lat na depresję. Zaczęłam znowu chodzić na terapię około 2 miesięcy temu po długim czasie "męczenia się" z moim stanem i po kilku miesiącach brania różnych leków. Mój stan ostatnio diametralnie się pogorszył i czasami nie wydaje mi się, żebym dała radę z tego wyjść. Ale głównym problemem, o którym tutaj chcę napisać, jest mój ojciec. Od dzieciństwa w domu towarzyszyły mi nieustannie kłótnie i sprzeczki, ale najwięcej z nich związanych było z moim ojcem. Nie zdawałam sobie sprawy, jak to na mnie wpłynęło aż do niedawna. Mój tata ma bardzo złe sposoby komunikacji i dyskusji. Stawia się wciąż w roli ofiary, często używa stwierdzenia "wam wszystko wolno a mi nic", wciąż unosi głos i emocjonuje się o nawet małe i na pozór nieistotne rzeczy. Podczas dyskusji lub kłótni bardzo często przeinacza on znaczenie wypowiedzi drugiej osoby i dodaje jakieś informacje, które pogrążają drugą osobę. I jest to wręcz nagminne w dyskusjach z nim, nawet gdy kilka razy próbuje mu powoli i na spokojnie to wytłumaczyć. Jestem świadoma, że to częściowo przez tą sytuację w domu i jego zachowania wykształciłam depresję, ponieważ jestem osobą wrażliwą emocjonalnie. Dzisiaj nastąpiła sytuacja, która przeważyła szalę i zaczął mi on wszystko wytykać, co zrobiłam czy powiedziałam źle względem niego w przeszłości. Czułam się wręcz obwiniana za moje uczucia i moją chorobę, że zwalam na niego winę za coś mojego i uważam, że ja jestem idealna. Bardzo mnie to dobiło, szczególnie ze względu na to, że on zdaje się nie zauważać jak destrukcyjny wpływ jego zachowania mają na moją (ale też np mamy) psychikę. Próbowałam go namówić na terapię, ale on uważa, że nie ma takiej potrzeby, bo terapia jest potrzebna tylko w skrajnych przypadkach. W jaki sposób mogę mu wytłumaczyć, że to, co robi bardzo mnie krzywdzi i że jeśli nie zrobi coś z tym, to nie widzę przyszłości w tej relacji? Bo wydaje mi się, że takie ultimatium jest jedynym wyjściem z tej sytuacji (myślałam też nad wyprowadzką, ale jestem od nich zbyt zależna, głównie finansowo).
Jak radzić sobie z diagnozą anoreksji i towarzyszącymi myślami natrętnymi?
Dzień dobry wszystkim! Przechodzę swego rodzaju kryzys i potrzebuję, aby ktoś pomógł mi wyciszyć moje własne myśli, które były zawsze natrętne, lecz ostatnio przybierają na sile. Została mi ostatnio zdiagnozowana anoreksja i bardzo trudno jest mi tę diagnozę zaakceptować, nie do końca w nią wierzę. Nie dlatego, że nie ufam swojej psychiatrze, prowadzi mnie od trzech lat i wyciągnęła z niejednego dołu. Rzecz w tym, że za każdym razem, gdy w przestrzeni publicznej podnosi się temat zaburzeń odżywiania pokazywane są przypadki osób, które były tak bardzo zanurzone w chorobie, że były wygłodzone, potrzebowały sondy, pomocy logopedy lub fizjoterapeuty, ponieważ były tak wyniszczone chorobą, że musiały się od nowa nauczyć mówić, chodzić. Nie zrozumcie mnie źle, to jest potrzebne i dobrze, że jest to omawiane, ale ponieważ jest to główny sposób pokazywania problemu, dodatkowo wzmacniany przez kryteria DSM chociażby, ja w głowie cały czas miałam i nadal mam "Nie jesteś w tak złym stanie, więc wszystko jest dobrze, nie masz problemu". Gdy dostałam diagnozę anoreksji, byłam w szoku. Jak mogę być niedożywiona skoro moje BMI jest w normie? Po co mi dietetyk? Po co mi refeeding skoro nie jestem wychudzona? Czuję się jakbym dawała wszystkim tym prawdziwie chorym w twarz, mówiąc, że też choruję. Część mnie widzi problem (np. wtedy, gdy orientuję się jak bardzo boję się jedzenia i przybrania na wadze, jak cały czas liczę kalorie i wszystko skrupulatnie ważę, jak bardzo wycofuję się z życia, by nie zakłócać swojej rutyny, jak bardzo wpływa na moje emocje i postępowanie każda najdrobniejsza zmiana na wadze, gdy słyszę, że jestem blada, gdy jestem tak osłabiona i serce tak zwalnia, że nie mam siły chodzić, myśleć), udało mi się na tyle wygłuszyć ten głos z tyłu głowy, by powiedzieć terapeucie o tej diagnozie i o tym co się ze mną dzieje obecnie, o swoich emocjach, ale i tak czuję się jak oszust i dręczy mnie poczucie winy po każdej sesji, która tę kwestię porusza, nawet mimo tego, że terapeuta sama wprost powiedziała, że problem jest i waga nie ma tu nic do rzeczy. Rozumiem, że to głos choroby, która broni się przed leczeniem, ale ten głos jest bardzo przekonujący, zwłaszcza przy tych wszystkich wywiadach i materiałach, nie tylko na internecie, które mój mózg postrzega jako dowód tego, co słyszę w głowie. Nie pomaga też to, że chyba mam zaburzoną percepcję swojego ciała. Inni mówią mi, że jestem za chuda, że widać mi wszystkie kości, ale ja tego nie widzę. Widzę za to miejsca, w których gromadzi się tłuszcz. Kolejną sesję mam za jakiś czas, na pewno omówię te natrętne myśli z terapeutą, ale jak mogę radzić sobie z tym teraz, gdy jestem sama? Jak zwalczać tę chęć, by się wycofać z tego tematu i skupić na głównym problemie, który mnie do terapeuty zaprowadził? Jak radzić sobie z tymi wszystkimi emocjami i uczuciami tu i teraz? Z góry dziękuję za wszystkie wskazówki i życzę miłego dnia!
Przemoc

Przemoc - definicje, rodzaje i formy zjawiska

Przemoc to globalny problem dotykający miliony osób. Zrozumienie jej definicji, rodzajów i form jest kluczowe dla skutecznego przeciwdziałania. Poznaj skutki i rodzaje przemocy oraz dowiedz się, jakie są możliwości uzyskania pomocy dla ofiar.