Aplikacja TwójPsycholog wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Zespół Turnera, wyzwania z aparatami słuchowymi i bezpłodnością, szukanie wsparcia.

Witam! Jestem 24-letnią kobietą. Aktualnie zakończyłam 4 rok kierunku lekarskiego, idę więc na piąty. 

Jaki jest mój problem? Otóż - mam zespół Turnera. Wiadomo - bezpłodność, niedosłuch. Aparaty słuchowe mi potwornie wręcz przeszkadzają - nie noszę ich. Dźwięki (testowałam różne modele, protetycy próbowali zmieniać ustawienia) są nienaturalne, głosy bliskich brzmią zupełnie inaczej, to było straszne. Już bardziej akceptowałam te douszne, w tych zausznych nie mogłam biegać, czy się ruszać głową, bo strasznie trzeszczało, ale ogólnie nienawidzę mieć czegoś w uchu lub koło ucha, bardzo mi to przeszkadza mimo, że próbowałam to z zaciśniętymi zębami nosić i się przyzwyczajać. A po drugie uwielbiam czesać w wysoko upięte fryzury z odsłoniętymi uszami (koki, korony z warkocza), w których wyglądałam o niebo lepiej, czuję się kobieco i mam smuklejszą buzię i każdy mi tak mówił, ale z dwojga złego wolę fryzurę, w której wyglądam niekorzystnie jak widoczne aparaty. 

No i rodzice, którzy wręcz krzyczeli na mnie jak nie chciałam ich nosić i zabrali podstępem i nic nie mówiąc do protetyka jak miałam niecałe 18 lat. I szczerze - skłonna byłabym iść jeszcze raz do audiologa choćby na konsultację, żeby tylko porozmawiać i dowiedzieć się jakie są obecnie możliwości i czy nie ma czegoś, co by zarówno mi pomogło, ale i byłoby dla mnie akceptowalne, ale obawiam się, czy znajdę kompetentnego lekarza. 

Jak byłam na oddziale audiologicznym to spora rzesza pracowników nosiła fartuchy z logo pewnej firmy produkującej aparaty słuchowe, a lekarka prowadząca nic nie wytłumaczyła, tylko powiedziała, że to jedyne rozwiązanie i już. 

Co do bezpłodności - też jest ciężko (i widzę, że innym, którzy nie mogą mieć dzieci, choćby na YT także jest z tym piekielnie ciężko - niektórzy adoptują, niektórzy z bólem serca postanawiają, że we dwójkę będą dla siebie rodziną, niektórzy nie wytrzymują i się rozstają) i z tego właśnie powodu unikam relacji romantycznych. Co więcej nigdy nie byłam w związku, nigdy nawet nie próbowałam. Bo wiem, że rodzicielstwo to podstawowe pragnienie zdecydowanej większości, szczególnie mężczyzn, jak mówią statystyki, a jak trafiłby mi się płodny partner to nie chciałabym mu tej możliwości odbierać. Jestem też realistką i wiem, że przez wielu byłabym z tego powodu odrzucona na starcie, więc nie widzę sensu, żeby próbować. A nawet jak pierw zaakceptuje to co będzie za 10,15, 20 lat jeśli stwierdzi, że dzieci jednak chce mieć? Zostanę sama jak palec mimo, że inwestowałam tyle lat w związek, a takiej sytuacji bardzo chciałabym uniknąć. 

Ale gdybym miała już wybierać to wolałabym życie z partnerem we dwoje ze zwierzakami - na adopcję żyjącego dziecka nie mam siły (tak, inni myślą, że to jak adopcja pieska czy kotka ze schroniska - wpadam do ośrodka adopcyjnego, wybieram dzieciaka, pokazuję pani z ośrodka paluchem którego i dzieciak jest mój, ale to zupełnie inna procedura), in vitro z komórką dawczyni etycznie do mnie nie przemawia, ewentualnie mogłabym zastanowić się nad adopcją zarodka. Ciężko mi chodzić do ginekologa (szczególnie, że jak miałam 18 lat w jednej z klinik zostałam potraktowana jak przedmiot do prezentacji studentom) i dawno tam nie byłam, ogólnie też źle się czułam po terapii hormonalnej. 

Kolejna kwestia jest taka, że wszyscy w mojej rodzinie biologicznej są zdrowi, mają dzieci biologiczne i… niestety nikt a nikt mnie nie rozumie. Wszyscy to bagatelizują - aparaty słuchowe to nie problem, przecież dużo osób ma (no eureka, ale są to osoby 70/80+!!!, a nie 20-paroletnie!), a dziecko sobie adoptujesz, są osoby młodsze od ciebie, chore na raka, które modlą się o życie, nie wymyślaj, nie masz źle. Może chcą mnie zmotywować taką gadką? Ale przecież mnie to nie motywuje, wręcz przeciwnie, czuję się zdołowana i przybita po takim czymś. Generalnie całe życie w zasadzie nauczona przez rodzinę byłam obracać się w kręgu zdrowych ludzi, bo w rodzinie tylko zdrowi i tylko wśród takich ludzi się obracają, w zasadzie nie znam osobiście ludzi z widocznymi niepełnosprawnościami, szczególnie młodych. Jeśli już to pokazywano mi je gdzieś z boku, pokazując i mówiąc o nich półgębkiem i ukradkiem. 

Wyjątek stanowi moja przyjaciółka - ma wady wrodzone, od dziecka przeszła multum operacji, też przez to nie może mieć dzieci. Jest ona jedyną osobą, której mogę ponarzekać w tej kwestii. Poznała teraz chłopaka i sama mi mówiła, że jak miała mu o swoich chorobach powiedzieć to jej serce ze stresu do gardła podchodziło. Zaakceptował to i w sumie to cieszę, że są jeszcze być może gdzieś ludzie, dla których to nie problem, ale większość taka nie jest. Mam też Hashimoto - tak, jestem leczona, chodzę regularnie do endokrynologa, biorę codziennie rano tabletkę, ale to tam pestka, bo powiedzmy sobie szczerze - co to jest jedna tabletka dziennie, jedno pobranie krwi raz na pół roku i jedna wizyta u endokrynologa z USG tarczycy raz na rok/dwa lata… Oczywiście dietę też stosuję i konsultowałam się pod tym kontem dietetycznie - ale dzisiaj jest tyle możliwości jej komponowania, a szczególnie jak trafi się na dobrego dietetyka i tyle dostępnych składników, że to też nic, tarczycę mam idealnie wyrównaną. Szczerze… na diabetologii jedna prowadząca powiedziała zdanie, które totalnie do mnie przemówiło. A mianowicie, że wydaje jej się, że cukrzycy z DM1, którzy nie chcą pomp insulinowych nie zaakceptowali swojej choroby i się z nią do końca nie pogodzili. Powiedziała też, że wiele młodych dziewczyn latem (kiedy się nosi lżejsze ubrania - np. sukieneczki, spódniczki, crop topy) przychodzi do niej, żeby przestawiła je z pomp z powrotem na peny, żeby nie musieć nosić widocznej pompy. 

Za dwa lata skończę studia (radzę sobie nieźle, na tym roku miałam średnią nieco ponad 4), stanę się niezależna i tak rozmyślam wtedy nad swoimi relacjami. Myślałam, żeby rozluźnić więzi z rodziną biologiczną (oprócz babci, która bardzo mnie kocha i choć też mnie nie do końca rozumie, to przynajmniej się jakoś stara). Co do relacji z rodzicami - ciężko jest i choć podczas roku akademickiego nie mieszkam z nimi na codzień, to jestem od nich jeszcze finansowo zależna. Nie mogę im nawet z przeszklonymi oczami wspomnieć, że jest mi po prostu z tą chorobą trudno. Czasem sama płaczę w nocy w poduszkę. Tłumaczę im, że moja choroba to nie alergia ani wada wzroku, ani nawet cukrzyca, tylko że ma to ogromny wpływ na życie - społeczne, romantyczne, etc - na każdy jego aspekt w zasadzie. Do mamy nie dociera, że ci ludzie, którzy nie mogą mieć dzieci, których zna weszli w związek nie wiedząc, że będą mieli problemy z płodnością, a wchodzenie w związek ze świadomością trwałej bezpłodności to zupełnie inna rzecz. I nie rozumie też tego, że to, że ona mnie kocha wcale nie oznacza, że społeczeństwo będzie mnie w 100% akceptować. Powiedziała też kiedyś - no, minie okres dojrzewania to jej przejdzie myślenie o tej chorobie i te kompleksy, bo to tylko w okresie dojrzewania. Spoiler - nie, nie przeszło, jest jeszcze gorzej. Jako dziecko byłam zupełnie inna - żwawa, ruchliwa, wygadana, przebojowa, nieśmiała tylko czasami i tylko w stosunku do obcych, ale jak zobaczyłam, że jakaś nowa osoba jest w porządku to szybko ją akceptowałam, wszędzie mnie było pełno, nie miałam oporów, żeby zapukać w randomowym dniu do sąsiadki z góry i pokazać jej swoje nowe ciuchy, zagadywałam ludzi w pociągu, etc. Ale wtedy nie różniłam się w zasadzie od innych dzieci, funkcjonowałam jako zdrowe dziecko, zdiagnozowano mnie w wieku 6 lat. I nawet wtedy nie było problemu - akceptowałam branie hormonu wzrostu, choć czasem denerwowało mnie, że muszę jeździć do kliniki, jak chyba każde dziecko, które chce spędzić dzień w szkole z rówieśnikami, a nie może. 

To wszystko zaczęło się parę lat później. Pierw kompleksem był mój wzrost, ale dzisiaj absolutnie mi to nie przeszkadza, lubię być niewysoka i drobna. No a potem przyszło to, co wyżej. I tak, rodzice w wieku 13 lat posłali mnie do psychologa, bo "nie miałam koleżanek" w 1 kl. gimnazjum, ale w celu naprawienia mnie. Psycholog na ostatniej wizycie powiedziała mojej mamie "to nie z nią jest coś nie tak, tylko z panią". Ja miałam tylko inne zainteresowania jak dziewczyny w moim wieku - pasjonowałam się nauką, a nie bieganiem za chłopakami, więc nie miałam koleżanek, bo nie miałam z nimi tematów do rozmów. W sumie dobrze mi na tych studiach i cieszę się, że dobrze sobie na nich radzę, oczywiście skończę je, bo szkoda 4 lat, audiolog mówiła, że najlepiej wybrać w takim wypadku specjalizację zabiegową (i chirurgia mi się podoba, kilkukornie asystowałam do operacji i to było świetne), ale gdybym wiedziała, że będę niedosłysząca wybrałabym nieco inną ścieżkę kariery - byłam w gimnazjum i liceum pasjonatką fizyki i wszechświata, książki Hawkinga przeczytałam jednym tchem, myślę, że wtedy poszłabym w jakąś astrofizykę.

 

 I na koniec moje pytanie - niestety teraz studiuję, nie pracuję i nie stać mnie na terapię prywatną i czy lepiej skorzystać z psychologa w ramach NFZ (mam możliwość, że kiedy pójdę z legitymacją do studenckiej przychodni nie będę czekać na wizytę więcej jak 2 tygodnie), czy lepiej znaleźć psychologa w jakiejś fundacji wspierającej osoby z niepełnosprawnościami? Czy może warto iść na grupę wsparcia? Przepraszam za trochę chaotyczny wpis, pisałam, co mi przyszło do głowy. Pozdrawiam, i z góry dziękuję za odpowiedzi!

Dorota Żurek

Dorota Żurek

Dzień dobry, każda choroba przewlekła to duże obciążenie psychiczne, a szczególnie zdiagnozowana w tak młodym wieku, jak u Pani. Jednak widać, że jest Pani niezwykle silną osobą, dojrzałą emocjonalnie i zmotywowaną, by osiągać wyznaczone cele. Może być Pani naprawdę z siebie dumna. Jednak proszę nie zamykać się na relacje z innymi oraz dać sobie szansę na związek z odpowiednim partnerem. Myślę, że może Pani zacząć od terapii indywidualnej, a po pewnym czasie, gdy uzna Pani, że to odpowiedni moment, jak najbardziej spróbować terapii grupowej, która pomoże otworzyć się na innych ludzi. 

 

Pozdrawiam,

Dorota Żurek- psycholog 

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Bartłomiej Borys

Bartłomiej Borys

Witam Panią serdecznie!

Dziękuję Pani bardzo za tak otwarte i szczegółowe podzielenie się swoimi doświadczeniami i uczuciami. Słyszę, jak wiele Pani przeszła i z jakimi wyzwaniami się Pani mierzy, zarówno w kontekście zdrowotnym, jak i społecznym oraz emocjonalnym. To, co Pani opisała, jest bardzo poruszające i pokazuje ogromną siłę, z jaką Pani radzi sobie z wieloma trudnościami, jednocześnie niosąc w sobie głęboki ból i niezrozumienie.

Rozumiem, że ten wpis jest chaotyczny – to jest absolutnie w porządku. Kiedy w głowie buzuje tyle emocji, myśli i nierozwiązanych kwestii, trudno o linearną narrację. Ważne, że pozwoliła sobie Pani to wszystko z siebie wylać.

Słyszę Pani frustrację i ból związany z zespołem Turnera. Niedosłuch, który utrudnia funkcjonowanie i sprawia, że aparaty słuchowe stają się źródłem dyskomfortu, a nawet cierpienia, jest ogromnym obciążeniem. To naturalne, że szuka Pani rozwiązań, które będą dla Pani akceptowalne, zarówno pod względem funkcjonalnym, estetycznym, jak i po prostu komfortu. Pani doświadczenia z audiologiem i jego brakiem empatii oraz transparentności są bardzo zniechęcające. Obawa przed znalezieniem kompetentnego lekarza, który wysłucha Pani potrzeb, a nie tylko narzuci gotowe rozwiązania, jest w pełni uzasadniona. To bardzo ważne, aby Pani potrzeby i komfort były na pierwszym miejscu w procesie leczenia.

Kwestia bezpłodności jest kolejnym ogromnym źródłem cierpienia i lęku, który ma potężny wpływ na Pani życie romantyczne. Rozumiem, dlaczego unika Pani relacji – ten lęk przed odrzuceniem, przed odebraniem partnerowi możliwości rodzicielstwa, a w konsekwencji, przed samotnością po latach inwestycji w związek, jest paraliżujący. Pani realistyczne podejście do statystyk i pragnień mężczyzn w kontekście rodzicielstwa, choć bolesne, jest odzwierciedleniem głębokiego zrozumienia społecznych oczekiwań. Widzę, jak bardzo Pani rozważa różne scenariusze i próbuje się chronić przed potencjalnym bólem. Pani dylematy dotyczące adopcji i in vitro z komórką dawczyni są niezwykle osobiste i etyczne, i to zrozumiałe, że budzą tyle wewnętrznych rozważań. Doświadczenia z ginekologami, gdzie czuła się Pani "przedmiotem do prezentacji", z pewnością wzmocniły niechęć do poszukiwania pomocy w tej sferze.

To, co najbardziej uderza w Pani opowieści, to brak zrozumienia i bagatelizowanie Pani doświadczeń przez najbliższą rodzinę. Słowa takie jak „nie wymyślaj”, „nie masz źle”, porównywanie Pani sytuacji do osób 70-letnich noszących aparaty, czy do osób chorych na raka, są niezwykle krzywdzące. Zamiast wspierać i motywować, takie komentarze wywołują poczucie niezrozumienia, osamotnienia i jeszcze większego przygnębienia. To pokazuje, jak ważne jest otoczenie, które potrafi validować Pani uczucia, zamiast je deprecjonować. To, że Pani rodzina, sama będąc „zdrowa”, nie ma narzędzi, by zrozumieć Pani perspektywę, jest bardzo trudne. Brak możliwości otwartego porozmawiania z rodzicami o tym, jak ciężko jest Pani z chorobą, płakanie w poduszkę w nocy – to wszystko świadczy o ogromnym ciężarze emocjonalnym, który Pani nosi w samotności.

Pani obserwacja dotycząca dziewczyn z cukrzycą typu 1 i pomp insulinowych jest bardzo trafna i świetnie rezonuje z Pani własnymi doświadczeniami z aparatami słuchowymi. To pokazuje, że akceptacja choroby i jej widocznych aspektów jest procesem, który wiąże się nie tylko z fizjologią, ale przede wszystkim z psychiką, poczuciem własnej wartości i wizerunkiem społecznym. Niechęć do noszenia pompy, bo jest widoczna, jest analogiczna do Pani niechęci do aparatów słuchowych – to nie tylko kwestia komfortu, ale także lęku przed stygmatyzacją, innym postrzeganiem siebie i byciem „inną”. To jest Pani walka o to, żeby czuć się kobieco i swobodnie w swoim ciele, co jest absolutnie podstawową potrzebą.

Pani refleksje na temat własnego rozwoju, powrotu do radości, a także decyzje dotyczące studiów i planów zawodowych, pokazują Pani niezwykłą inteligencję, wytrwałość i zdolność do samorozwoju. To, że Pani sobie świetnie radzi na studiach, pomimo tych wszystkich obciążeń, jest imponujące. Marzenia o astrofizyce z przeszłości pokazują Pani ciekawość świata i intelektualny potencjał.

Monika Marszałek

Monika Marszałek

Dzień dobry,

 

Widzę w Pani bardzo młodą, ale jednocześnie niezwykle odważną, pracowitą, wrażliwą i świadomą siebie kobietę, która ma w sobie ogrom siły – mimo tak wielu pytań, niewysłowionego bólu i braku psychicznego wsparcia od najbliższych.

 

Myślę, że terapia indywidualna, która pozwoliłaby skupić się na procesie akceptacji choroby oraz przeżywaniu żałoby po utraconych możliwościach, mogłaby znacząco poprawić jakość Pani życia. Zachęcam, by obserwowała Pani swój nastrój – szczególnie te momenty, w których on się obniża – i zastanawiała się, czy wpływa to na codzienne funkcjonowanie (sen, relacje, motywację, poczucie sensu, jedzenie itp.).

 

W oczekiwaniu na możliwość rozpoczęcia psychoterapii proponuję spróbować prostego ćwiczenia:

Dzienniczek nastroju i emocji – przez kilka dni wieczorem zapisywać:

- co się dziś wydarzyło (nawet drobiazgi),

- co czułam/em w związku z tym (emocje, napięcia w ciele),

- co pomogło mi sobie z tym poradzić / co mogłoby pomóc,

- jak oceniam dzień w skali 1–10 pod kątem samopoczucia.

To ćwiczenie pozwala nie tylko zauważyć schematy i zależności, ale też daje przestrzeń na zauważenie tego, co wspiera i przynosi ulgę.

 

Jeśli ma Pani dostęp do psychologa w ramach przychodni studenckiej – warto skorzystać z tej możliwości. Warto też poszukać grupy wsparcia (online lub lokalnie), gdzie mogłaby Pani spotkać inne osoby z podobnymi doświadczeniami – by choć trochę przełamać poczucie osamotnienia.

 

Proszę pamiętać – to, że to, iż nie miała Pani wystarczającego wsparcia ze strony bliskich, nie oznacza, że wsparcia nie da się znaleźć gdzie indziej. A to, że Pani szuka, pyta i opisuje tak szczerze swoje doświadczenia – to ogromny krok w stronę zmiany.

 

Trzymam za Panią mocno kciuki.


Z wyrazami szacunku i ciepła,

 

Monika Marszałek

psycholog, coach kryzysowy

Olga Żuk

Olga Żuk

Nie musisz przepraszać – Twój wpis nie jest chaotyczny. Jest szczery, głęboki i bardzo poruszający. Widać, że długo nosisz to wszystko w sobie i próbujesz zrozumieć, jak się w tym wszystkim odnaleźć – w chorobie, relacjach, oczekiwaniach innych i własnym życiu. Masz prawo czuć się zmęczona, pogubiona i przeciążona.

To, co opisujesz, nie jest „wymyślaniem” ani „marudzeniem”. To bardzo realne, złożone i wielowarstwowe doświadczenie życia z zespołem Turnera – w świecie, który często nie daje miejsca na prawdziwe rozmowy o trudnych emocjach, niepełnosprawności, braku akceptacji, presji społecznej i samotności.

Twoje myślenie jest niezwykle dojrzałe i refleksyjne. To, że potrafisz tak dokładnie nazwać swoje emocje, wątpliwości, potrzeby i ograniczenia – to ogromna siła. Masz prawo szukać swojej drogi, stawiać pytania, a także mówić o tym, że nie chcesz być w relacji tylko po to, by się komuś przypodobać lub spełniać czyjeś oczekiwania.

Jeśli chodzi o Twoje pytanie: czy iść na psychoterapię na NFZ, czy do fundacji, czy może grupa wsparcia – myślę, że nie musisz wybierać tylko jednej z tych opcji.
Najważniejsze, żebyś mogła porozmawiać z kimś, kto potraktuje Cię z uwagą, szacunkiem i zrozumieniem.

Psycholog w przychodni studenckiej (na NFZ) może być dobrym pierwszym krokiem – szczególnie, jeśli nie ma długiego czasu oczekiwania. Warto spróbować, nawet jeśli to miałaby być tylko jedna rozmowa. Czasem sama możliwość wypowiedzenia tego, co nosisz w sobie, przed życzliwą osobą, daje ulgę.

Fundacje – często mają psychologów i terapeutów, którzy znają specyfikę życia z chorobą przewlekłą, niepełnosprawnością, doświadczeniem wykluczenia. Możesz sprawdzić, czy są takie miejsca, które wspierają osoby z zespołem Turnera lub ogólnie z chorobami rzadkimi.

Grupy wsparcia – mogą dać Ci coś bardzo ważnego: poczucie, że nie jesteś sama. Że są inni, którzy mają podobne rozterki, że można się dzielić nie tylko bólem, ale też śmiechem, żartami, nadzieją. Dobrze, że masz przyjaciółkę, która Cię rozumie – ale jeśli czujesz się samotna w tym wszystkim, to grupa może dać Ci dodatkowe oparcie.

Jeśli masz gotowość, by spróbować różnych opcji – zrób to. To nie zobowiązanie na zawsze, ale sprawdzenie, co Ci naprawdę służy. I pamiętaj – nawet jeśli część świata nie rozumie Twojego bólu, nie znaczy to, że jest on mniej ważny.

Dbaj o siebie tak, jakbyś była kimś, kogo kochasz najbardziej na świecie. Bo zasługujesz na to, by żyć godnie, w zgodzie ze sobą i bez poczucia winy, że coś czujesz. 

 

Pozdrawiam serdecznie,

Olga Żuk 

Zobacz podobne

Czy zdrapywanie krost i ran to samookaleczanie się?
Czy zdrapywanie krost i ran to samookaleczanie się? I trzeba o tym wspomnieć psychoterapeucie?
Dzień dobry. Od dwóch lat jestem w terapii.
Dzień dobry. Od dwóch lat jestem w terapii. Od psychoterapeutki wiem, że świetnie radzę sobie nawet z sytuacjami, których nie omawiałyśmy i przede wszystkim potrafię myśleć (co nie jest dobrze odbierane przez moją rodzinę - odkąd pamiętam, miałam postępować zgodnie z oczekiwaniami, które i tak zmieniały się każdego dnia). Trudnym momentem było też pogodzenie się z myślą, że moja rodzina to osoby niedojrzałe emocjonalnie i nigdy się nie zrozumiemy (należy dodać, że propozycje terapii rodzinnych wychodziły ode mnie już kiedy miałam 15 lat, co kończyło się przemocą psychiczną i fizyczną). Musiałam walczyć o siebie sama, nie miałam nigdy przyjaciół. Zawsze byłam odrzutkiem, w szkole obniżano mi oceny z zachowania tylko dlatego, że żadne z dzieci nie chciało się ze mną bawić (chyba że coś chciały, a często rozdawałam im wszystko, co miałam przy sobie, żeby tylko mnie lubiły). Terapia była bardzo potrzebna, ale też dużo zrozumiałam sama, przed terapią, tylko ciężko było mi uwierzyć, że mogę mieć rację. Od października 2022 czułam się gorzej, a w grudniu nie byłam w stanie podnieść się z łóżka. Styczeń, nowy rok, przyniósł diagnozę depresji w stopniu zaawansowanym. Zastanawiałam się dlaczego, przecież tak dobrze mi szło. Byłam załamana również dlatego, że rodzina niezbyt przychylnie patrzy na kwestie związane ze zdrowiem psychicznym. Obecnie jestem z siebie dumna, że się nie poddałam, że już te kilka lat temu, kiedy prawie całe dnie (w czasie pandemii) spędzałam w łóżku i nie byłam w stanie ogarnąć nawet siebie, pomimo myśli o wyrządzeniu sobie krzywdy, zupełnie sama, bez wsparcia, szukałam pomocy. Oprócz tego od dziecka miałam lęk społeczny, który w zeszłym roku znacznie się zmniejszył. Wszystko wydaje się w porządku, ale... No właśnie tu zaczynają się schody. Mam znajomych, ale... • również lęk, że zostanę sama jak dawniej • poczucie, że te relacje są przelotne, płytkie • słyszę, że potrafię pomagać, że dużo rozumiem, że nie oceniam, nie wyśmiewam, nie daję złotych rad, zamiast się obrażać, szukam przyczyn i to bardzo im pomaga, mogą poczuć się normalnymi ludźmi • 90% znajomości kończy się po tym, kiedy ludzie uzyskają ode mnie wsparcie • czy na pewno poczucie własnej wartości jest u mnie zdrowe? Może właśnie zależy od ludzi wokół mnie, tego co o mnie powiedzą • coraz trudniej jest mi słuchać o przyjaźniach i związkach innych osób (bywa, że mam ochotę wybuchnąć) - albo jestem już przemęczona mnogością i siłą emocji, jakie odbieram, albo też zazdrosna (a zazdrość nie jest zła - pokazuje, czego w życiu brakuje) • moje wspomnienia (już z czasów szkolnych) to historie opowiadane przez innych ludzi, NIE MA W TYM MNIE • poznaję nowych ludzi, naprawdę zależy mi na tym, żeby w końcu pojawiły się zdrowe relacje, ale nawet z tymi "nowymi" ludźmi wychodzi tak jak ze wszystkimi poprzednimi Jestem załamana. Nawet kiedy człowiek fizycznie jest sam, chyba czuje, że gdzieś tam na świecie jest ktoś, komu na nim zależy... Sama nie wiem. Kiedy próbuję poruszać takie tematy ze znajomymi słyszę, że za dużo myślę, a ludzie tego nienawidzą, albo że powinnam dołożyć sobie więcej obowiązków, żeby nie myśleć. Dokładam sobie zajęć, ale to nie pomaga mojej psychice, poczucie osamotnienia wychodzi nad to, czym się zajmuję. Samotność w tłumie jest okropna. Każda interakcja z ludźmi jest dla mnie na wagę złota, ale to nie jest to, czego (w sumie każdy człowiek) potrzebuje. Nie wiem już co robić. Terapię kończę, nie wiem, co omawiać na sesjach, rozmawiałam o tym naprawdę wielokrotnie. Nie dostanę złotej rady, a sama nie wiem, jak sobie z tym poradzić. Wiem, skąd się to wszystko bierze, ale nie chcę czekać (nawet aktywnie) na odpowiednich ludzi, bo mnie to wykańcza. Z zewnątrz wszystko wygląda świetnie, tym bardziej w ostatnich miesiącach, ale ta samotność tworzy ogromną dziurę, pustkę wewnątrz mnie. Może rzeczywiście przesadzam?
Jestem zawiedziona psychoterapeutką, walczę z lękami i nie dostałam narzędzi. Jest gorzej.
Dzień dobry, co zrobić by powiedzmy przełamać się do terapii na nowo? Od praktycznie 4 miesięcy chodziłam na terapię, wcześniej się poprawiło, a ostatnio jedyne co, to widziałam jak jest coraz gorzej. Mówiłam o tym od paru sesji, nie dostałam ŻADNYCH narzędzi przez cały proces i sama nie wiem jakim cudem lęki się wtedy na jakiś czas poprawiły. Przed świętami na sesji zostałam skrytykowana, poczułam się okropnie, ale już starałam się to puścić mimo uszu. Lęki miałam raz mniej ,a raz bardziej nasilone, więc oczywiście po przerwie o tym opowiedziałam, bardziej dokładnie podkreślając, że nie wiem jak sobie z tym radzić, licząc, że dostanę jakąś poradę co robić, by do lęku nie dochodziło. A usłyszałam: "Musisz iść do psychiatry, bo tu bez leków raczej nic nie zdziałamy". Rozumiem, że w niektórych przypadkach jest to potrzebne, ale raczej nie wtedy, gdy nawet nie miałam okazji poradzić sobie z lękiem poprzez jakieś ćwiczenia, jedyne co dawało mi jakieś poczucie, że się poprawia to samo to, że jestem pod opieką specjalisty. Tyle gorzej jak ten specjalista wypytuje jedynie o rzeczy niewygodne dla mnie, nieistotne a ja po miesiącu jedyne co wiem to, że mam lęki. Po tym, jak usłyszałam o psychiatrze to od razu nie mogłam nadal rozmawiać, resztę sesji terapeutka tak ciągnęła to mówiąc nadal o wizycie u lekarza. Od tego czasu jestem strasznie przygnębiona, czuję się w otoczeniu innych jakbym serio "wariowała". Wiadomo, kłopoty nie wybierają, ale ja zawsze się obwiniałam za taki lęk i uważałam inna od ludzi , a teraz to już w ogóle. Patrzę w lustro i zamiast myśleć o sobie jak zawsze, że jestem bardzo zabawną osobą i mam wokół siebie znajomych, to jedyne co mi przychodzi do głowy to: wariuję, sama się w to wpędziłam. Mam teraz straszną blokadę, boję się, że nikomu już nie zaufam, bo jedyne co widzi w moich problemach to wariactwo. Wiem, że mimo wszystko nadal potrzebuję do kogoś chodzić, ale już nawet nie wiem do kogo. Po ostatniej sesji lęk mi kompletnie zniknął, ale to chyba reakcja na szok. Co robić? Codziennie od sesji mam ochotę nie wychodzić z domu, bo czuję się źle ze sobą.
Kiedy warto zapisać się na terapię w nurcie analizy transakcyjnej?
Kiedy warto zapisać się na terapię w nurcie analizy transakcyjnej?
Psychoterapia nie przynosi rezultatów – gdzie tkwi problem?
Dlaczego psychoterapia mi nie pomaga?
kryzys w związku

Kryzys w związku – jak go przetrwać i odbudować relację?

Twój związek w kryzysie? To naturalny etap, który może wzmocnić relację. Poznaj sprawdzone strategie i porady ekspertów, by skutecznie przez niego przejść i odbudować więź. Czytaj dalej!