Aplikacja TwójPsycholog — wsparcie, które masz zawsze pod ręką

📲 Pobierz aplikację i zadbaj o siebie na własnych zasadach

Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Left ArrowWstecz

Zespół Turnera, wyzwania z aparatami słuchowymi i bezpłodnością, szukanie wsparcia.

Witam! Jestem 24-letnią kobietą. Aktualnie zakończyłam 4 rok kierunku lekarskiego, idę więc na piąty. 

Jaki jest mój problem? Otóż - mam zespół Turnera. Wiadomo - bezpłodność, niedosłuch. Aparaty słuchowe mi potwornie wręcz przeszkadzają - nie noszę ich. Dźwięki (testowałam różne modele, protetycy próbowali zmieniać ustawienia) są nienaturalne, głosy bliskich brzmią zupełnie inaczej, to było straszne. Już bardziej akceptowałam te douszne, w tych zausznych nie mogłam biegać, czy się ruszać głową, bo strasznie trzeszczało, ale ogólnie nienawidzę mieć czegoś w uchu lub koło ucha, bardzo mi to przeszkadza mimo, że próbowałam to z zaciśniętymi zębami nosić i się przyzwyczajać. A po drugie uwielbiam czesać w wysoko upięte fryzury z odsłoniętymi uszami (koki, korony z warkocza), w których wyglądałam o niebo lepiej, czuję się kobieco i mam smuklejszą buzię i każdy mi tak mówił, ale z dwojga złego wolę fryzurę, w której wyglądam niekorzystnie jak widoczne aparaty. 

No i rodzice, którzy wręcz krzyczeli na mnie jak nie chciałam ich nosić i zabrali podstępem i nic nie mówiąc do protetyka jak miałam niecałe 18 lat. I szczerze - skłonna byłabym iść jeszcze raz do audiologa choćby na konsultację, żeby tylko porozmawiać i dowiedzieć się jakie są obecnie możliwości i czy nie ma czegoś, co by zarówno mi pomogło, ale i byłoby dla mnie akceptowalne, ale obawiam się, czy znajdę kompetentnego lekarza. 

Jak byłam na oddziale audiologicznym to spora rzesza pracowników nosiła fartuchy z logo pewnej firmy produkującej aparaty słuchowe, a lekarka prowadząca nic nie wytłumaczyła, tylko powiedziała, że to jedyne rozwiązanie i już. 

Co do bezpłodności - też jest ciężko (i widzę, że innym, którzy nie mogą mieć dzieci, choćby na YT także jest z tym piekielnie ciężko - niektórzy adoptują, niektórzy z bólem serca postanawiają, że we dwójkę będą dla siebie rodziną, niektórzy nie wytrzymują i się rozstają) i z tego właśnie powodu unikam relacji romantycznych. Co więcej nigdy nie byłam w związku, nigdy nawet nie próbowałam. Bo wiem, że rodzicielstwo to podstawowe pragnienie zdecydowanej większości, szczególnie mężczyzn, jak mówią statystyki, a jak trafiłby mi się płodny partner to nie chciałabym mu tej możliwości odbierać. Jestem też realistką i wiem, że przez wielu byłabym z tego powodu odrzucona na starcie, więc nie widzę sensu, żeby próbować. A nawet jak pierw zaakceptuje to co będzie za 10,15, 20 lat jeśli stwierdzi, że dzieci jednak chce mieć? Zostanę sama jak palec mimo, że inwestowałam tyle lat w związek, a takiej sytuacji bardzo chciałabym uniknąć. 

Ale gdybym miała już wybierać to wolałabym życie z partnerem we dwoje ze zwierzakami - na adopcję żyjącego dziecka nie mam siły (tak, inni myślą, że to jak adopcja pieska czy kotka ze schroniska - wpadam do ośrodka adopcyjnego, wybieram dzieciaka, pokazuję pani z ośrodka paluchem którego i dzieciak jest mój, ale to zupełnie inna procedura), in vitro z komórką dawczyni etycznie do mnie nie przemawia, ewentualnie mogłabym zastanowić się nad adopcją zarodka. Ciężko mi chodzić do ginekologa (szczególnie, że jak miałam 18 lat w jednej z klinik zostałam potraktowana jak przedmiot do prezentacji studentom) i dawno tam nie byłam, ogólnie też źle się czułam po terapii hormonalnej. 

Kolejna kwestia jest taka, że wszyscy w mojej rodzinie biologicznej są zdrowi, mają dzieci biologiczne i… niestety nikt a nikt mnie nie rozumie. Wszyscy to bagatelizują - aparaty słuchowe to nie problem, przecież dużo osób ma (no eureka, ale są to osoby 70/80+!!!, a nie 20-paroletnie!), a dziecko sobie adoptujesz, są osoby młodsze od ciebie, chore na raka, które modlą się o życie, nie wymyślaj, nie masz źle. Może chcą mnie zmotywować taką gadką? Ale przecież mnie to nie motywuje, wręcz przeciwnie, czuję się zdołowana i przybita po takim czymś. Generalnie całe życie w zasadzie nauczona przez rodzinę byłam obracać się w kręgu zdrowych ludzi, bo w rodzinie tylko zdrowi i tylko wśród takich ludzi się obracają, w zasadzie nie znam osobiście ludzi z widocznymi niepełnosprawnościami, szczególnie młodych. Jeśli już to pokazywano mi je gdzieś z boku, pokazując i mówiąc o nich półgębkiem i ukradkiem. 

Wyjątek stanowi moja przyjaciółka - ma wady wrodzone, od dziecka przeszła multum operacji, też przez to nie może mieć dzieci. Jest ona jedyną osobą, której mogę ponarzekać w tej kwestii. Poznała teraz chłopaka i sama mi mówiła, że jak miała mu o swoich chorobach powiedzieć to jej serce ze stresu do gardła podchodziło. Zaakceptował to i w sumie to cieszę, że są jeszcze być może gdzieś ludzie, dla których to nie problem, ale większość taka nie jest. Mam też Hashimoto - tak, jestem leczona, chodzę regularnie do endokrynologa, biorę codziennie rano tabletkę, ale to tam pestka, bo powiedzmy sobie szczerze - co to jest jedna tabletka dziennie, jedno pobranie krwi raz na pół roku i jedna wizyta u endokrynologa z USG tarczycy raz na rok/dwa lata… Oczywiście dietę też stosuję i konsultowałam się pod tym kontem dietetycznie - ale dzisiaj jest tyle możliwości jej komponowania, a szczególnie jak trafi się na dobrego dietetyka i tyle dostępnych składników, że to też nic, tarczycę mam idealnie wyrównaną. Szczerze… na diabetologii jedna prowadząca powiedziała zdanie, które totalnie do mnie przemówiło. A mianowicie, że wydaje jej się, że cukrzycy z DM1, którzy nie chcą pomp insulinowych nie zaakceptowali swojej choroby i się z nią do końca nie pogodzili. Powiedziała też, że wiele młodych dziewczyn latem (kiedy się nosi lżejsze ubrania - np. sukieneczki, spódniczki, crop topy) przychodzi do niej, żeby przestawiła je z pomp z powrotem na peny, żeby nie musieć nosić widocznej pompy. 

Za dwa lata skończę studia (radzę sobie nieźle, na tym roku miałam średnią nieco ponad 4), stanę się niezależna i tak rozmyślam wtedy nad swoimi relacjami. Myślałam, żeby rozluźnić więzi z rodziną biologiczną (oprócz babci, która bardzo mnie kocha i choć też mnie nie do końca rozumie, to przynajmniej się jakoś stara). Co do relacji z rodzicami - ciężko jest i choć podczas roku akademickiego nie mieszkam z nimi na codzień, to jestem od nich jeszcze finansowo zależna. Nie mogę im nawet z przeszklonymi oczami wspomnieć, że jest mi po prostu z tą chorobą trudno. Czasem sama płaczę w nocy w poduszkę. Tłumaczę im, że moja choroba to nie alergia ani wada wzroku, ani nawet cukrzyca, tylko że ma to ogromny wpływ na życie - społeczne, romantyczne, etc - na każdy jego aspekt w zasadzie. Do mamy nie dociera, że ci ludzie, którzy nie mogą mieć dzieci, których zna weszli w związek nie wiedząc, że będą mieli problemy z płodnością, a wchodzenie w związek ze świadomością trwałej bezpłodności to zupełnie inna rzecz. I nie rozumie też tego, że to, że ona mnie kocha wcale nie oznacza, że społeczeństwo będzie mnie w 100% akceptować. Powiedziała też kiedyś - no, minie okres dojrzewania to jej przejdzie myślenie o tej chorobie i te kompleksy, bo to tylko w okresie dojrzewania. Spoiler - nie, nie przeszło, jest jeszcze gorzej. Jako dziecko byłam zupełnie inna - żwawa, ruchliwa, wygadana, przebojowa, nieśmiała tylko czasami i tylko w stosunku do obcych, ale jak zobaczyłam, że jakaś nowa osoba jest w porządku to szybko ją akceptowałam, wszędzie mnie było pełno, nie miałam oporów, żeby zapukać w randomowym dniu do sąsiadki z góry i pokazać jej swoje nowe ciuchy, zagadywałam ludzi w pociągu, etc. Ale wtedy nie różniłam się w zasadzie od innych dzieci, funkcjonowałam jako zdrowe dziecko, zdiagnozowano mnie w wieku 6 lat. I nawet wtedy nie było problemu - akceptowałam branie hormonu wzrostu, choć czasem denerwowało mnie, że muszę jeździć do kliniki, jak chyba każde dziecko, które chce spędzić dzień w szkole z rówieśnikami, a nie może. 

To wszystko zaczęło się parę lat później. Pierw kompleksem był mój wzrost, ale dzisiaj absolutnie mi to nie przeszkadza, lubię być niewysoka i drobna. No a potem przyszło to, co wyżej. I tak, rodzice w wieku 13 lat posłali mnie do psychologa, bo "nie miałam koleżanek" w 1 kl. gimnazjum, ale w celu naprawienia mnie. Psycholog na ostatniej wizycie powiedziała mojej mamie "to nie z nią jest coś nie tak, tylko z panią". Ja miałam tylko inne zainteresowania jak dziewczyny w moim wieku - pasjonowałam się nauką, a nie bieganiem za chłopakami, więc nie miałam koleżanek, bo nie miałam z nimi tematów do rozmów. W sumie dobrze mi na tych studiach i cieszę się, że dobrze sobie na nich radzę, oczywiście skończę je, bo szkoda 4 lat, audiolog mówiła, że najlepiej wybrać w takim wypadku specjalizację zabiegową (i chirurgia mi się podoba, kilkukornie asystowałam do operacji i to było świetne), ale gdybym wiedziała, że będę niedosłysząca wybrałabym nieco inną ścieżkę kariery - byłam w gimnazjum i liceum pasjonatką fizyki i wszechświata, książki Hawkinga przeczytałam jednym tchem, myślę, że wtedy poszłabym w jakąś astrofizykę.

 

 I na koniec moje pytanie - niestety teraz studiuję, nie pracuję i nie stać mnie na terapię prywatną i czy lepiej skorzystać z psychologa w ramach NFZ (mam możliwość, że kiedy pójdę z legitymacją do studenckiej przychodni nie będę czekać na wizytę więcej jak 2 tygodnie), czy lepiej znaleźć psychologa w jakiejś fundacji wspierającej osoby z niepełnosprawnościami? Czy może warto iść na grupę wsparcia? Przepraszam za trochę chaotyczny wpis, pisałam, co mi przyszło do głowy. Pozdrawiam, i z góry dziękuję za odpowiedzi!

User Forum

ABCDE

9 miesięcy temu
Dorota Żurek

Dorota Żurek

Dzień dobry, każda choroba przewlekła to duże obciążenie psychiczne, a szczególnie zdiagnozowana w tak młodym wieku, jak u Pani. Jednak widać, że jest Pani niezwykle silną osobą, dojrzałą emocjonalnie i zmotywowaną, by osiągać wyznaczone cele. Może być Pani naprawdę z siebie dumna. Jednak proszę nie zamykać się na relacje z innymi oraz dać sobie szansę na związek z odpowiednim partnerem. Myślę, że może Pani zacząć od terapii indywidualnej, a po pewnym czasie, gdy uzna Pani, że to odpowiedni moment, jak najbardziej spróbować terapii grupowej, która pomoże otworzyć się na innych ludzi. 

 

Pozdrawiam,

Dorota Żurek- psycholog 

9 miesięcy temu

Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?

Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!

Bartłomiej Borys

Bartłomiej Borys

Witam Panią serdecznie!

Dziękuję Pani bardzo za tak otwarte i szczegółowe podzielenie się swoimi doświadczeniami i uczuciami. Słyszę, jak wiele Pani przeszła i z jakimi wyzwaniami się Pani mierzy, zarówno w kontekście zdrowotnym, jak i społecznym oraz emocjonalnym. To, co Pani opisała, jest bardzo poruszające i pokazuje ogromną siłę, z jaką Pani radzi sobie z wieloma trudnościami, jednocześnie niosąc w sobie głęboki ból i niezrozumienie.

Rozumiem, że ten wpis jest chaotyczny – to jest absolutnie w porządku. Kiedy w głowie buzuje tyle emocji, myśli i nierozwiązanych kwestii, trudno o linearną narrację. Ważne, że pozwoliła sobie Pani to wszystko z siebie wylać.

Słyszę Pani frustrację i ból związany z zespołem Turnera. Niedosłuch, który utrudnia funkcjonowanie i sprawia, że aparaty słuchowe stają się źródłem dyskomfortu, a nawet cierpienia, jest ogromnym obciążeniem. To naturalne, że szuka Pani rozwiązań, które będą dla Pani akceptowalne, zarówno pod względem funkcjonalnym, estetycznym, jak i po prostu komfortu. Pani doświadczenia z audiologiem i jego brakiem empatii oraz transparentności są bardzo zniechęcające. Obawa przed znalezieniem kompetentnego lekarza, który wysłucha Pani potrzeb, a nie tylko narzuci gotowe rozwiązania, jest w pełni uzasadniona. To bardzo ważne, aby Pani potrzeby i komfort były na pierwszym miejscu w procesie leczenia.

Kwestia bezpłodności jest kolejnym ogromnym źródłem cierpienia i lęku, który ma potężny wpływ na Pani życie romantyczne. Rozumiem, dlaczego unika Pani relacji – ten lęk przed odrzuceniem, przed odebraniem partnerowi możliwości rodzicielstwa, a w konsekwencji, przed samotnością po latach inwestycji w związek, jest paraliżujący. Pani realistyczne podejście do statystyk i pragnień mężczyzn w kontekście rodzicielstwa, choć bolesne, jest odzwierciedleniem głębokiego zrozumienia społecznych oczekiwań. Widzę, jak bardzo Pani rozważa różne scenariusze i próbuje się chronić przed potencjalnym bólem. Pani dylematy dotyczące adopcji i in vitro z komórką dawczyni są niezwykle osobiste i etyczne, i to zrozumiałe, że budzą tyle wewnętrznych rozważań. Doświadczenia z ginekologami, gdzie czuła się Pani "przedmiotem do prezentacji", z pewnością wzmocniły niechęć do poszukiwania pomocy w tej sferze.

To, co najbardziej uderza w Pani opowieści, to brak zrozumienia i bagatelizowanie Pani doświadczeń przez najbliższą rodzinę. Słowa takie jak „nie wymyślaj”, „nie masz źle”, porównywanie Pani sytuacji do osób 70-letnich noszących aparaty, czy do osób chorych na raka, są niezwykle krzywdzące. Zamiast wspierać i motywować, takie komentarze wywołują poczucie niezrozumienia, osamotnienia i jeszcze większego przygnębienia. To pokazuje, jak ważne jest otoczenie, które potrafi validować Pani uczucia, zamiast je deprecjonować. To, że Pani rodzina, sama będąc „zdrowa”, nie ma narzędzi, by zrozumieć Pani perspektywę, jest bardzo trudne. Brak możliwości otwartego porozmawiania z rodzicami o tym, jak ciężko jest Pani z chorobą, płakanie w poduszkę w nocy – to wszystko świadczy o ogromnym ciężarze emocjonalnym, który Pani nosi w samotności.

Pani obserwacja dotycząca dziewczyn z cukrzycą typu 1 i pomp insulinowych jest bardzo trafna i świetnie rezonuje z Pani własnymi doświadczeniami z aparatami słuchowymi. To pokazuje, że akceptacja choroby i jej widocznych aspektów jest procesem, który wiąże się nie tylko z fizjologią, ale przede wszystkim z psychiką, poczuciem własnej wartości i wizerunkiem społecznym. Niechęć do noszenia pompy, bo jest widoczna, jest analogiczna do Pani niechęci do aparatów słuchowych – to nie tylko kwestia komfortu, ale także lęku przed stygmatyzacją, innym postrzeganiem siebie i byciem „inną”. To jest Pani walka o to, żeby czuć się kobieco i swobodnie w swoim ciele, co jest absolutnie podstawową potrzebą.

Pani refleksje na temat własnego rozwoju, powrotu do radości, a także decyzje dotyczące studiów i planów zawodowych, pokazują Pani niezwykłą inteligencję, wytrwałość i zdolność do samorozwoju. To, że Pani sobie świetnie radzi na studiach, pomimo tych wszystkich obciążeń, jest imponujące. Marzenia o astrofizyce z przeszłości pokazują Pani ciekawość świata i intelektualny potencjał.

9 miesięcy temu
Monika Marszałek

Monika Marszałek

Dzień dobry,

 

Widzę w Pani bardzo młodą, ale jednocześnie niezwykle odważną, pracowitą, wrażliwą i świadomą siebie kobietę, która ma w sobie ogrom siły – mimo tak wielu pytań, niewysłowionego bólu i braku psychicznego wsparcia od najbliższych.

 

Myślę, że terapia indywidualna, która pozwoliłaby skupić się na procesie akceptacji choroby oraz przeżywaniu żałoby po utraconych możliwościach, mogłaby znacząco poprawić jakość Pani życia. Zachęcam, by obserwowała Pani swój nastrój – szczególnie te momenty, w których on się obniża – i zastanawiała się, czy wpływa to na codzienne funkcjonowanie (sen, relacje, motywację, poczucie sensu, jedzenie itp.).

 

W oczekiwaniu na możliwość rozpoczęcia psychoterapii proponuję spróbować prostego ćwiczenia:

Dzienniczek nastroju i emocji – przez kilka dni wieczorem zapisywać:

- co się dziś wydarzyło (nawet drobiazgi),

- co czułam/em w związku z tym (emocje, napięcia w ciele),

- co pomogło mi sobie z tym poradzić / co mogłoby pomóc,

- jak oceniam dzień w skali 1–10 pod kątem samopoczucia.

To ćwiczenie pozwala nie tylko zauważyć schematy i zależności, ale też daje przestrzeń na zauważenie tego, co wspiera i przynosi ulgę.

 

Jeśli ma Pani dostęp do psychologa w ramach przychodni studenckiej – warto skorzystać z tej możliwości. Warto też poszukać grupy wsparcia (online lub lokalnie), gdzie mogłaby Pani spotkać inne osoby z podobnymi doświadczeniami – by choć trochę przełamać poczucie osamotnienia.

 

Proszę pamiętać – to, że to, iż nie miała Pani wystarczającego wsparcia ze strony bliskich, nie oznacza, że wsparcia nie da się znaleźć gdzie indziej. A to, że Pani szuka, pyta i opisuje tak szczerze swoje doświadczenia – to ogromny krok w stronę zmiany.

 

Trzymam za Panią mocno kciuki.


Z wyrazami szacunku i ciepła,

 

Monika Marszałek

psycholog, coach kryzysowy

9 miesięcy temu
Olga Żuk

Olga Żuk

Nie musisz przepraszać – Twój wpis nie jest chaotyczny. Jest szczery, głęboki i bardzo poruszający. Widać, że długo nosisz to wszystko w sobie i próbujesz zrozumieć, jak się w tym wszystkim odnaleźć – w chorobie, relacjach, oczekiwaniach innych i własnym życiu. Masz prawo czuć się zmęczona, pogubiona i przeciążona.

To, co opisujesz, nie jest „wymyślaniem” ani „marudzeniem”. To bardzo realne, złożone i wielowarstwowe doświadczenie życia z zespołem Turnera – w świecie, który często nie daje miejsca na prawdziwe rozmowy o trudnych emocjach, niepełnosprawności, braku akceptacji, presji społecznej i samotności.

Twoje myślenie jest niezwykle dojrzałe i refleksyjne. To, że potrafisz tak dokładnie nazwać swoje emocje, wątpliwości, potrzeby i ograniczenia – to ogromna siła. Masz prawo szukać swojej drogi, stawiać pytania, a także mówić o tym, że nie chcesz być w relacji tylko po to, by się komuś przypodobać lub spełniać czyjeś oczekiwania.

Jeśli chodzi o Twoje pytanie: czy iść na psychoterapię na NFZ, czy do fundacji, czy może grupa wsparcia – myślę, że nie musisz wybierać tylko jednej z tych opcji.
Najważniejsze, żebyś mogła porozmawiać z kimś, kto potraktuje Cię z uwagą, szacunkiem i zrozumieniem.

Psycholog w przychodni studenckiej (na NFZ) może być dobrym pierwszym krokiem – szczególnie, jeśli nie ma długiego czasu oczekiwania. Warto spróbować, nawet jeśli to miałaby być tylko jedna rozmowa. Czasem sama możliwość wypowiedzenia tego, co nosisz w sobie, przed życzliwą osobą, daje ulgę.

Fundacje – często mają psychologów i terapeutów, którzy znają specyfikę życia z chorobą przewlekłą, niepełnosprawnością, doświadczeniem wykluczenia. Możesz sprawdzić, czy są takie miejsca, które wspierają osoby z zespołem Turnera lub ogólnie z chorobami rzadkimi.

Grupy wsparcia – mogą dać Ci coś bardzo ważnego: poczucie, że nie jesteś sama. Że są inni, którzy mają podobne rozterki, że można się dzielić nie tylko bólem, ale też śmiechem, żartami, nadzieją. Dobrze, że masz przyjaciółkę, która Cię rozumie – ale jeśli czujesz się samotna w tym wszystkim, to grupa może dać Ci dodatkowe oparcie.

Jeśli masz gotowość, by spróbować różnych opcji – zrób to. To nie zobowiązanie na zawsze, ale sprawdzenie, co Ci naprawdę służy. I pamiętaj – nawet jeśli część świata nie rozumie Twojego bólu, nie znaczy to, że jest on mniej ważny.

Dbaj o siebie tak, jakbyś była kimś, kogo kochasz najbardziej na świecie. Bo zasługujesz na to, by żyć godnie, w zgodzie ze sobą i bez poczucia winy, że coś czujesz. 

 

Pozdrawiam serdecznie,

Olga Żuk 

9 miesięcy temu

Zobacz podobne

Boję się samotności, za mną rozstania i teraz ciężka sytuacja. Bardzo mi ciężko. Jaka psychoterapia będzie dla mnie najlepsza?
Mam 31 lat. W ciągu 5 lat przechodzę 3 rozstanie. Sa to moje pierwsze związki, ponieważ na studiach nie chciałam sie angażować w relacje, miałam dużo znajomych i nie chciałam być ograniczona zakazami/fochami. Wracając do rozstań - rozstania się kończyły zazwyczaj w burzliwy sposób. Z 1 partnerem większa agresja była z jego strony, miał pretensje, że nie okazuje mu wystarczająco dużo miłości, na ostatnim spotkaniu krzyczeliśmy, trzasnął drzwiami i już go nie widziałam - związek trwał rok. Poźniej zaczęłam mój kolejny roczny związek, byłam bardzo zakochana i mówiłam sobie, że to miłość mojego życia. Mówiłam mu często, że go kocham, a on mówił mi. Miałam przyjaciółke, która wtedy była sama i zarzucała mi, że za bardzo jestem zafiksowana na punkcie tego chłopaka, zaczęła mi podkładać myśli, że on leci na swoją przyjaciółkę, że ona by była zła, gdyby widziała, że jej facet je z jednego słoika z inna kobieta (jedli raz jakieś buraczki, które przyniosła). W końcu w czasie ogromnego stresu w innych dziedzinach życia dostałam od niego zaproszenie na spotkanie z nim i jego inna przyjaciółką, ale byłam wtedy juz umówiona z tą moją przyjaciółką. Historia skończyła sie tak, że z tego spotkania pojechałam z przyjaciółka na spotkanie chłopaka z ta druga przyjaciółka i wybuchła mega awantura, pamiętam, że bardzo krzyczałam, że mnie nie kocha, a ona, że jestem nienormalna. Poźniej wyjechałam z miasta na miesiąc i wypisywałam do niego jakieś żale, on sie odsuwał, a poźniej okazało sie, że jest w związku (2 miesiące po naszym rozstaniu) z ta dziewczyna od buraczków, a na koniec mi powiedział, że ja go popchnęłam w jej ramiona. Jednocześnie moja przyjaciółka, która mi doradzała wróciła do swojego eks i powiedziała mi, że nie może sie ze mna spotkać w czasie mojego kryzysu, bo ma chłopaka. Kontakt z nia i z moim eks sie urwał. To były osoby, z którymi spędzałam najwięcej czasu i nagle zostałam sama. Moja samotność trwała 7 miesięcy ( bardzo cierpiałam i zmieniłam sie, nie bylam juz ta osoba co wcześniej, zaczęłam sie bardziej przejmować wszystkim ) Jednak w mojego 1 w życiu samotnego sylwestra założyłam konto na Tinderze. Poznałam faceta, z którym spotykałam sie 2 miesiące, a on powiedział, że mnie nie pokocha, że szuka czegoś innego. Następnie wpadłam w wir randek i podeszłam zadaniowo do sprawy. Chciałam bardzo znaleźć kogoś odpowiedniego. Raz mnie odrzucali, znikali, raz ja to robiłam. W końcu poznałam mojego ostatniego chłopaka, z którym (jestem?) od 2 lat. Ostatnio stwierdziłam, że przypomina mi mojego ojca - jest zdystansowany emocjonalnie, cichy przy obcych ludziach, a wybuchowy i nerwowy do najbliższych. Jednocześnie pracowity, wierny i opiekunczy. Jest bardzo ambitny i zależy mu na stworzeniu super warunków do życia dla przyszlej rodziny. Widziałam go jako męża i ojca. Przeszkadzały mi jedynie te wybuchy złości, które pojawiały sie od czasu do czasu, a w tym roku kiedy przeprowadziliśmy sie z mojego mieszkania do jego mieszkania zaczęły pojawiać sie również niemiłe słowa - ''wypier*** z mojego domu'', ''odpier** sie'', a raz na wakacjach gdy przyczepił się, że odpięłam jego ładowarkę z kontaktu bez informowania go o tym, zaczęłam naśladować jego dziwny ton głosu i próbować być tak irytująca jak on - nazwał mnie wtedy głupią dziw*ą. Poźniej oczywiście za te wszystkie słowa przepraszał. Ale mimo tego, że było poźniej juz dobrze, planowaliśmy ślub, dom i dziecko, to te słowa 'głupia dziw*a' 'odpier***sie' do mnie wracały. Dodatkowo przez te dwa lata mi powiedział może 3 razy, że mnie kocha i to było po moim dopytywaniu o to po roku związku. Zaczęłam pytać czy podczas przysięgi małżeńskiej powie, że mnie kocha, a on, że powie i bardzo mnie to dziwiło, że nie może robić tego w domu, a na ołtarzu przy ludziach powie.. tak jakby na pokaz. Wszystkie te historie opowiedziałam, aby przeanalizować moje podejście do związku tego i przeszłych. Moim aktualnym problemem jest to, że 2 dni temu mój chłopak sie znowu przyczepił o absurdalnie głupią rzecz, była związana z jego aktualną pracą (za którą nic nie zarobi, ponieważ ta rzecz ma być w przyszłym portfolio jego startupu, a poświęca na nia od 2 miesięcy po 13 godzin dziennie), ale kompletnie na nią nie wpływała. Ja wyśmiałam, że przejmuje się bardziej tym niż organizator tego wydarzenia. W pewnym momencie pamiętam tylko, że stał nade mną i cały czas gadał. Nie chciało mi sie go słuchać i użyłam jego słow sprzed miesiąca ' odpier?** sie', a on do mnie powiedział 'wypier** z mojego domu'. Byłam w szoku, nic nie powiedziałam, a za jakiś czas podeszłam do niego zapytać czy on tak serio. On milczał i długo sie zastanawiał. Stwierdziłam, że skoro tak długo sie zastanawia to musze zacząć sie pakować. Płakalam i pakowałam sie. Była juz noc, wiec zadzwonilam do mamy przy nim(to kawalerka) aby poradzić się, co robić, bo chłopak kazał mi sie wyprowadzić. Nie wdawałam sie w szczegóły. Ale w końcu zostałam jedną noc. Następnego dnia rano po nieprzespanej nocy, z opuchniętymi oczami musiałam jechać do pracy. Przed pracą wrzuciłam do auta reszte moich rzeczy i pojechałam do pracy, a po pracy ruszyłam do mamy (250 km trasy). Teraz jestem u mamy, rozpakowałam wszystkie rzeczy, ale w środę musze być w Warszawie w pracy. Przeprowadziłam jedną spokojną rozmowę z nim i ustaliliśmy, że dopoki nie bede mogla wprowadzić sie do swojego mieszkania (jest aktualnie wynajmowane i ma miesiąc wypowiedzenia) to mogę mieszkać u niego. W tej rozmowie powiedział mi również, że mnie nie kocha, a jak dopytywałam dlaczego mi wcześniej mówił, że nie musi mówić, że kocha, bo miłość okazuje przez czyny to zaczął mówić, że tak było. Dwie sprzeczne rzeczy - to okazuje przez czyny czy nie kocha?. Później zaczęłam dopytywać czym dla niego jest miłość, a on ' że to takie poczucie, że mógłby porzucić wszystkie marzenia dla tej osoby' i że tego przy mnie nie ma. W tym zwiazku robił ze mna różne rzeczy, na które nie mial ochoty - podróż do Azji, która ostatecznie mu sie podobała, a również poszedł na terapie po namowach, aby pracować nad wybuchami złości. Jeszcze tydzień temu rozmawialiśmy o tym, gdzie weźmiemy ślub, mówił, że ma plan na oświadczyny, a wczoraj po tej kłótni powiedział, że mnie nie kocha tym swoim rodzajem miłości. Mi sie wydaje, że go kocham taką dojrzałą miłością, nie jest to taka miłość szalona/namiętna jak do poprzedniego chłopaka. Jestem w stanie pójść na kompromisy, on tez był w stanie pójść na nie dla mnie. Wspieraliśmy sie i motywowaliśmy. Nie było słów 'kocham Cie'. Akceptowaliśmy swoje niedoskonałości, no może ja nie akceptowałam jego obgryzania paznokci. Jestem aktualnie bardzo rozwalona psychicznie i zdezorientowana. Bardzo chcialabym z nim byc i aby przepracował sobie różne tematy na psychoterapii, a następnie sworzyć rodzine. Jutro mamy rozmawiać o tym wszystkim, ale mam przeczucie, że on nie będzie chciał być ze mna, ze sie przelało, mówi, że za często sie kłócimy, ze kłótnie zawsze eskalują do dużego stopnia. Zastanwiam sie czy to moja wina, jego czy nasza. Nie wiem jak poprowadzić jutrzejsza rozmowę, aby sie dobrze skończyła. Boję się, że się ostatesznie rozstaniemy i znowu bede sama. Dodatkowo jestem bardzo lękliwa i nie wyobrażam sobie, aby znowu przechodzić przez wir randek.. nie chce tego. Nie chce poznawać nowych ludzi. Nie chce tracić kolejnych ludzi z mojego życia. Czasami myślę, aby rzucic Warszawe, prace, sprzedać mieszkanie i przeprowadzić sie do mniejszego miasta, gdzie mam bliskich.. lecz tutaj nie ma dla mnie pracy, a zdalnej nie dostanę. W Warszawie aktualnie nie mam nikogo prócz mojego chłopaka i 2 znajomych koleżanek, które maja swoje życie. Strasznie boję sie samotności. Prosze o doradzenie co powinnam zrobić, jak żyć, jeśli jutro dojdzie do rozstania. Przez miesiac bede musiala mieszkac u niego, pozniej sie wprowadze do swojego mieszkania. Będę jezdzila do pracy, wracała, chodziła na basen/rower, jednak wszystko to będzie bardzo samotne. Ludzie w pracy nie zaspokoją mojej potrzeby ciepła i bliskości...Z drugiej strony boje sie, że jak wroce do niego, te te zachowania agresywne beda sie powtarzać, jednak z kolejnej strony zaczął pracować nad tym u psychoterapeuty, wiec jest jakaś nadzieja. Zapomnialam dodac , że drugie rozstanie bardzo przeżyłam, musiałam sie wspomagać lekami typu xanax.. chodzilam na hipnoterapie aby zmniejszyć ból, niestety przez caly czas zwiazku z moim aktualnym partnerem wracałam myślami do tego zerwania z poprzednim, caly czas je analizowalam i wydaje mi sie, że nadal bede mimowolnie do tego wracac. Jak nad tym zapanowac? jaki rodzaj psychoterapii bedzie dla mnie najlepszy? jak postapic jutro?
Czy wynik 78 punktów dla EQ to wynik pozwalający na dobrą jakość życia? I czy terapia może ten wynik podnieść?
Cześć Mam pytanie czy wynik 78 punktów dla EQ to wynik pozwalający na dobrą jakość życia? I czy terapia może ten wynik podnieść?
Jaki specjalista może pomóc na lęki?
Jaki specjalista może pomóc w przypadku niskiej samooceny lęków karania się non stop za błędy z przeszłości braku umiejętności stawiania granic w relacjach?
Tracę prace, ze względu na mój stan zdrowia. Zaczęłam popijać, jestem załamana.
Witam. Ostatnio znowu straciłam pracę, gdy się dowiedzieli, że choruję na epilepsję, agorafobię, nerwicę lękową. Ludzie się boją takich jak ja. Pracowałam w handlu. Jeszcze do tego dowiedziałam się, że z toksycznym mężczyzną byłam, bo ze mną zerwał. Zdradzał mnie. Popadam w coraz większą depresję, a najgorsze jest to, że zaczynam popijać. Nie mam gdzie się podziać. Jestem załamana. Pozdrawiam Aneta
Jak radzić sobie z docinkami rodziny i znajomych jako samotny mężczyzna po trzydziestce?

Ludzie mi dokuczają. Znajomym i rodzinie nie podoba się mój "stan matrymonialny", jestem samotnym mężczyzną po trzydziestce. Wszyscy mnie dobijają, zawsze słyszę jakieś głupie docinki i chamstwo w moją stronę. Zdecydowałem się na samotność, bo jestem brzydki i do tego oszpecony (blizny po wypadku). Pracując, czuję się dobrze, jedynie rozmowy ze współpracownikami powodują u mnie dyskomfort. Rzadko wychodzę z domu, tylko do pracy i na zakupy. Chcę żyć po swojemu, ale ludzie mi nie pozwalają. Samemu jestem szczęśliwy, ale to szczęście ginie, gdy tylko muszę się z kimś spotkać. Czy jakakolwiek terapia ma sens w moim przypadku? Czy to coś w ogóle da? Ja chce tylko spokojnie doczekać śmierci, nie oczekuję nic więcej od życia.

komunikacja

Umiejętności komunikacyjne – klucz do skutecznej komunikacji

Skuteczna komunikacja to klucz do sukcesu w życiu osobistym i zawodowym. W tym artykule przyjrzymy się bliżej temu, czym są umiejętności komunikacyjne, jaką rolę odgrywają w naszym życiu i jak możemy je rozwijać.