Ściągnij aplikację mobilną TwójPsycholog na telefon - wiedza w jednym miejscu!
Dostępne w Google PlayPobierz w App Store
Strzałka w lewoWróć do strony głównej bloga

Dzieci i ryby mają głos. O potrzebie zdrowej edukacji

Martyna Romanowicz
Autor
Martyna Romanowicz
Zegar
Czas czytania
6 min
Kalendarz
Opublikowano
dzieci i ryby maja glos
Ładowanie podsumowania...

Temat zdrowej edukacji interesuje mnie, od kiedy zaczęłam studia psychologiczne w 2006 r. Mniej więcej w tym samym czasie koleżanka na zajęciach opowiedziała nam o istnieniu Naszej klasy, potem pojawił się Facebook. Nie było jeszcze rolek i relacji. Obecnie w sieci jest ich cała masa, a popularne są między innymi te rolki, które w zabawny sposób przedstawiają sceny z życia szkolnego. Mają bardzo szerokie zasięgi, wysoką oglądalność, ale dla mnie mają często słodko-gorzki smak. Być może prezentują one jeden z dobrze znanych nam mechanizmów radzenia sobie, czyli żartowanie z tego, co trudne. Podstawą takiego żartu jest jednak to, że coś nas zabolało.

Okres dojrzewania to wyjątkowy i wymagający etap zmian fizycznych, emocjonalnych i społecznych. Zrozumienie tych procesów jest kluczowe dla nastolatków, ich rodziców i opiekunów, by lepiej radzić sobie z wyzwaniami i wspierać rozwój młodego człowieka.

Test Image

Od przemocy fizycznej do symbolicznej

Sporo się już zmieniło na lepsze. W pokoleniu moich rodziców dominował model, w którym opiekunowie częściej stawali po stronie nauczyciela i instytucji, rzadko kwestionując ich metody. Dziś mamy znacznie większe przyzwolenie na krytykę systemu edukacji. Rodzice przestali bać się nauczycieli i ich ewentualnej „zemsty” na dziecku; powstała przestrzeń na realny dialog i partnerstwo. Pożegnaliśmy apele „ku czci”, mundurki i sobotnie zajęcia, co bez wątpienia rozluźniło gorset szkolnej dyscypliny. 

Mimo to, jak słusznie zauważa Mikołaj Marcela (przyp. 1.), wyeliminowanie kar cielesnych nie oznacza końca przemocy. Przeniosła się ona w sferę systemową i symboliczną. Dziś wprawdzie nikogo się już po rękach nie bije, ale komunikaty „nic z was nie będzie, jeśli …”, „rozczarowałeś mnie”, „myślałam, że mierzysz wyżej”, „gdybyś się tylko bardziej postarał”, „zdolny, ale leniwy” nadal mają się dobrze i nie są to przekazy wspierające. Nie chodzi też o to, żeby z klasy wyeliminować uczucia takie jak złość, czy frustracja, można jednak wyeliminować bierną czy słowną agresję, która tam jeszcze została.

Pułapki systemu: Od wyuczonej bezradności po kryzys złotych dzieci

Zmienia się też nasz sposób patrzenia- od modelu hierarchicznego do relacyjnego. Dawniej rodzina i szkoła były komórkami opartymi na sztywnej hierarchii, gdzie autorytet egzekwowano siłą. Wynikało to z ogólnej konstrukcji społeczeństwa tamtych lat - odgórnej, nieznoszącej sprzeciwu i opartej na posłuszeństwie. Takie podejście do relacji miało swoje źródła w wielowiekowej historii, a jego echa wciąż wpływają na podziały widoczne w dzisiejszej szkole.

Dzielimy uczniów na lepszych i gorszych, na fajną i niefajną klasę, na umysły ścisłe i humanistyczne, na przywódców i podporządkowanych. Ci, co mają wyższe stopnie, mają automatycznie więcej przywilejów. Mogą mieć też więcej zasobów finansowych, lepszy dojazd, co umożliwia im wyższe osiągnięcia. A ci „źli uczniowie” pogłębiają przekonanie o sobie, że mają niewielki wpływ na rzeczywistość (zob. 1).

System trudno zmienić, bo często zarządzają nim osoby, które mogły nie doświadczyć dotkliwie jego braków. M. Marcela zauważa, że „osoby, które mogą zaproponować jakieś zmiany, wyszły z tej szkoły i bardzo często były w niej prymusami i prymuskami, a po jej zakończeniu są beneficjentami i beneficjentkami tego systemu- poszły na studia, zaczęły robić karierę.” (1, s. 333). Jakoś przeżyły ten czas, ale zostali ci, którzy wyuczyli się bezradności. I w tej grupie uprzywilejowanych jest często przekonanie, że „jak się postarasz, to będziesz miał”.

Jest też druga grupa poszkodowanych- złote dzieci. To często klienci gabinetów terapeutycznych. Świetnie radzili sobie w szkole, w przewidywalnym systemie, ale życie po szkole jest bardzo nieprzewidywalne. Orientują się, jak komentuje Joanna Flis, że „nie ma prostej zależności między tym, ile włożą, a tym ile wyjmą” i czują się rozczarowani (1, s. 334). Bo życie dorosłe jest nieliniowe. Na rynku pracy, gdzie wysiłek nie zawsze równa się nagrodzie, poczucie własnej wartości zbudowane na ocenach może się mocno zachwiać. Można więc postawić hipotezę, że są dwa typy ofiar systemu: ci, którym było ciężko, i ci, którym w szkole szło świetnie.

Motywacja do nauki

Niedawno oglądałam jeden z moich ulubionych seriali z lat 90. W jednym z odcinków poruszono kwestię segregacji i dostępu do edukacji: dzieci pochodzenia afroamerykańskiego nie miały wstępu do szkoły, choć desperacko pragnęły się w niej uczyć. Dla nich edukacja była upragnioną przepustką do wolności, szansą na lepszą pracę, godny byt i wyjście z marginalizacji.

Ten odcinek mocno mnie zatrzymał. Uświadomił mi, jak drastycznie zmieniło się nasze postrzeganie szkoły na przestrzeni zaledwie kilku dekad. Dziś wielu uczniów nie widzi w niej szansy na wyzwolenie, lecz wręcz przeciwnie - z wolnością niewiele ma wspólnego. Szkoła stała się miejscem, które trzeba po prostu „przetrwać”. To przestrzeń, w której młodzi ludzie przyciskani są do przyswajania ogromnej ilości informacji niemających żadnego przełożenia na ich bezpośrednią rzeczywistość czy kompetencje życiowe. Nauka często staje się po to, by zaliczyć test. 

W powszechnym przekonaniu wciąż pokutuje mit, że dzieci nie da się zachęcić do nauki inaczej niż poprzez system kar, nagród i przymusu. Boimy się, że pozostawione same sobie, nie nauczyłyby się niczego, co jest sprzeczne z naturalną, biologiczną potrzebą poznawania świata. Ten lęk dorosłych karmi się szkodliwym założeniem, że dzieciom „wszystko może się w życiu przydać”, a każda luka w edukacji na etapie szkolnym jest nie do nadrobienia. Brzmi jak mit jednej szansy.

Takie rozumowanie nakłada na rodziców i uczniów ogromną, wręcz paraliżującą presję. Tworzy wizję życia jako wyścigu, w którym jeśli do 18. roku życia nie wymyślisz, co chcesz robić, to przepadniesz. Niestety, moje obserwacje gabinetowe to potwierdzają: widzę zalęknionych o swoją przyszłość młodych ludzi, przekonanych o swojej zawodowej porażce, którzy nie mają jeszcze 25-ciu lat. Dlatego w pracy z klientami zamiast kategorycznego „nie umiem”, wolę dodawać słowo, które otwiera proces i daje nadzieję: „jeszcze”. Nie umiem tego... jeszcze. 

Trudno zaprzeczyć temu, że system szkolny oparty jest na motywacji zewnętrznej: oceny, pochwały nauczyciela, nagrody, uznanie. Nie jest to system idealny, ale można w jego ramach spróbować rozwijać w dziecku poczucie motywacji wewnętrznej. Opiera się ona na własnym chceniu czy pragnieniu dziecka. Dziecko potrafi odpowiedzieć, co lubi, a czego nie lubi, czego ono chce, a nie czego chce nauczyciel czy rodzic. Joanna Szulc pisze: „chodzi mi raczej o to, żeby dziecku chciało się uczyć w ramach porządku, który proponuje motywacje zewnętrzne” (2, s. 112).

Wspomniana psycholożka (2) nie ma złudzeń. Pisze, że nastolatków w wieku 12-14 lat można zainteresować wiedzą, ale tylko jeśli poprowadzimy zajęcia oparte na dyskusji, na rolach w grupie, wspólnych projektach, czyli uwzględnimy aspekt społeczny. Dobrze znamy przypadki, w których dziecko uczyło się chętnie jakiegoś przedmiotu, bo miało fajną pania_ą. Rzadkością jest nastolatek, który z chęcią sam z siebie usiądzie do czytania podręcznika, jako swojej popołudniowej rozrywki. 

Poza tym niezwykle ważna w obecnych czasach jest higiena cyfrowa: np. parking dla telefonów, określenie czasu pracy, i ustalenie przerw częstszych niż rzadszych, np. co pół godziny 10 minut przerwy.

Problemy wychowawcze to powszechne wyzwanie dla rodziców. Zrozumienie ich przyczyn i skutecznych metod rozwiązywania jest kluczowe dla rozwoju dziecka. Oto praktyczne wskazówki pomagające radzić sobie z trudnościami wychowawczymi.

Test Image

Uczymy się jak się uczyć

Dobrze, żeby nauczyciel był przy uczniach nie tylko w celu pilnowania wyników, ale również pomagał w ustalaniu celów, w dostrzeganiu długofalowych korzyści, czy we wskazywaniu jego postępów. 

Zdarza się, że na konsultacje do mnie przychodzą studenci, którzy mają trudności z pisaniem pracy zaliczeniowej lub z systematyczną nauką do egzaminów. Najczęściej są to osoby z ADHD, ale nie wszystkie. Zauważam, że wcześniej nie nauczyli się uczyć.  W szkole być może nauczyciele nie mają na to czasu, w domu rodzice myślą, że dzieci uczą się tego w szkole. Uzyskują komunikat „nauczcie się na wtedy tego i tego”, ale nie uzyskują informacji jak to zrobić. Z perspektywy dorosłego człowieka, nauczyciela, który skończył studia, nauka dzieje się sama- wystarczy usiąść do biurka. Niestety dla ucznia nie jest to już takie oczywiste. Nie wie, od czego zacząć, które informacje są ważne, a które mniej, jak poukładać naukę przedmiotów danego dnia, a jak w skali tygodnia, jak planować zadanie długoterminowe, a jak krótkie itp.

Poza tym może nam się błędnie wydawać, że uczymy się w szkole a poza nią już nie. Nauczycielem nie jest tylko ten, kto pracuje w szkole. Mieszamy oceny z edukacją, ale i naszą wartością. A potem w dorosłym życiu mieszamy certyfikaty z kompetencjami. Przydałoby się jeszcze doceniać postępy dziecka w sytuacjach pozaszkolnych, w zakresie umiejętności życiowych, np. jak dojechać autobusem na drugi koniec miasta, jak zrobić obiad, jak robić zakupy, żeby starczyło na cały tydzień, itp. Chciałabym, żeby uczniowie byli nagradzani nie tylko za zdobycie wiedzy, czy nauczenie się czegoś na pamięć, ale również za wykazanie się kompetencjami społecznymi, czy emocjonalnymi: 

  • „widzę, że wsparłeś kolegę”, 

  • „widzę, że … przyjmujesz porażkę”, 

  • a nawet: „widzę, że dziś zadbałaś o siebie i nie uczyłaś się tyle, co ostatnio- to jest w porządku”.

Szkoła nie jest najważniejsza. Joanna Szulc zapytała dzieci na warsztatach: „Co wam przynosi szczęście, co jest dla was ważne?” Wymieniają 10-15 rzeczy, ale tylko 2 z nich daje im szkoła. Pozostają jeszcze relacje, pasje, odpoczynek, czy rodzina.

Manifest psychologa, który chodził kiedyś do szkoły

Jako typowy Millenials, gdy cofam się do edukacji lat 1990-2005, i ponownie oczami wyobraźni siedzę w tej swojej ławce, chciałabym, żeby różne rzeczy wyglądały inaczej:

  • Chciałabym, żeby uczniowie z  gorszymi stopniami nie słyszeli komunikatów: „jak się nie będziecie uczyć, to nic nie osiągniecie w życiu”,

  • Żeby jedynki na sprawdzianie nie były źródłem wzburzenia nauczycielki, która rozpoczyna podniesionym głosem, a nawet krzykiem swój pouczający wywód,

  • Chciałabym, żeby piątkowym uczniom jakiś nauczyciel powiedział, że nie muszą mieć u niego piątek, a nawet, że w ogóle nie muszą mieć piątek. I powiedział o tym, co jest ważne w życiu.

  • Chciałabym, żeby dzieci nie były ganione za to, że dwójki, które napisały, mają za mało falbanek, albo za mało zmieściło się ich w linijce. 

  • Chciałabym, żeby w lekturach szkolnych młodzież nie czytała tylko o miłości „toksycznej”, tragicznej, ale też o tej bezpiecznej i dojrzałej. 

  • Chciałabym, żeby uwaga poświęcana, tym którzy te kłopoty sprawiają, była taka sama jak tym, którzy są „grzeczni”.

  • Chciałabym, żeby ze słownika szkolnego zniknęło słowo „grzeczny”. 

  • Chciałabym, żeby nie uczono o tym, że „Mickiewicz wielkim poetą był”, albo jak interpretować właściwie wiersz. Jeśli ktoś nie lubi Mickiewicza, wolno mu. I wolno mu zinterpretować wiersz po swojemu. Dzieci i ryby głos mają.

  • Żeby szkoła uczyła wiedzy, ale o sobie. Żeby młody adept nie wybierał kierunku studiów, bo wypada, bo pani chwaliła, bo tam zarobi, ale dlatego, że właśnie to chciałby studiować. 

I ostatni zbiór życzeń. Chciałabym, żeby szkoła wychowywała ludzi, którzy mają bezpieczną podstawę do tego, by wieść spełnione życie, ale paradoksalnie nie to najlepsze z możliwych. Aby szkoła nie uczyła dzieci pracoholizmu. Żeby dzieci słyszały, że przeciętne życie Kowalskiego też może być fajne. Że tzw. „fajna klasa” to nie ta klasa, która ma wysoką średnią ocen i siedzą w niej przyszli lekarze i prawnicy. „Fajna klasa” to taka gdzie chłopaki płaczą, dziewczyny się złoszczą, a co najważniejsze mogą wypowiedzieć swoje zdanie i nie zgodzić się z nauczycielem, z autorytetem (sic.!). 

Kompetencja przyszłości: Nauczyć się oduczać

Zdrowa edukacja może zaczynać się od nazwania tego, czego już nie chcemy. Najważniejszą kompetencją przyszłości okazuje się umiejętność „oduczania się” (1, s. 339) - a zwłaszcza oduczania się naszych głęboko zakorzenionych wyobrażeń o tym, czym jest szkoła i jaka „powinna” być. Tylko kwestionując stare schematy - te oparte na lęku - możemy stworzyć przestrzeń na edukację, która naprawdę wspiera dobrostan. 

Na sam koniec chciałabym podziękować tym wszystkim nauczycielom - również tym spotkanym poza murami szkoły - którzy wbrew nieidealnemu systemowi potrafili dostrzec w uczniach człowieka. Dziękuję tym, którzy zamiast lęku, potrafią zaszczepić miłość do życia, ciekawość świata i szacunek do ludzi. Zdrowa edukacja jest możliwa, a ważniejsze niż, że „uczeń umie”, jest to „kim uczeń jest”.

„Wakacyjny Kompas Emocji” to zestaw ćwiczeń dla dzieci i nastolatków, który pomaga rozpoznawać, nazywać i oswajać emocje podczas wakacji. Zawiera karty pracy, mapy i kreatywne zadania wspierające samoświadomość, sprawczość i odporność psychiczną.

Test Image

Bibliografia:

  • Joanna Flis „Co ze mną nie tak?” O życiu w dysfunkcyjnym domu, środowisku, w Polsce i o tym, jak sobie z tym (nie) radzimy. Wydawnictwo Znak, Kraków, 2023

  • Joanna Szulc „Kochaj i pozwól na bunt” Jak towarzyszyć nastolatkom w dorastaniu. Joanna Szulc, 2023

Komentarze (0)

Podoba Ci się ten artykuł?
Udostępnij
Martyna Romanowicz
Martyna Romanowicz
Jestem psycholożką. Wspieram twórców, wrażliwców oraz osoby z ADHD. Tworzę również podkasty oraz materiały edukacyjne z zakresu psychologii i twórczości.