Więc mam problem i zarazem pytanie. Od dziecka byłam nieśmiała, a po latach mam wrażenie, że mogę się uznać za wręcz tłumioną głównie przez moją mamę, która pilnowała na każdym kroku, żebym nie mówiła za dużo, nie płakała, każdemu mówiła dzień dobry i dowidzenia, działając niczym zegarek. Zawsze miałam być grzeczna, cicha, ułożona i dobrze się uczyć. Każde potknięcie, czytaj zwykła czwórka w podstawówce było karane albo krzykiem albo wymownym milczeniem. W tej atmosferze dorastała niepewna siebie dziwczyna, mająca nadzieję, że przez życie przemknie niezauważona. Bałam się interakcji społecznych, uważałam że nie mam prawa niczego oczekiwać od życia i nie lubiłam swojego wyglądu, bo mama czasem uszczypliwie zwracała uwagę na mój odstający brzuch, trądzik czy okrągłą twarz. Czułam się brzydka i w dodatku głupia, choć wcale tak nie było. Miałam świetne oceny ale to nie wystarczyło, by zaspokoić jej perfekcjonizm. Zwykłe zbicie kubka przez dziecięcą nieuwagę kończyło się wrzaskiem i tak w kółko i w kółko. W pewnym momencie niestety ale pojawiły się u mnie myśli samobójcze, miałam depresję. Tata wyjeżdżał na całe miesiące opiekować się dziadkami, dużo się przez to kłócili. A każda jej złość odbijała się na mnie i na moim młodszym o półtora roku bracie. Od początku miałam lekkie wrażenie, że mama woli go bardziej ode mnie. To były ciche sygnały ale ta myśli zakiełkowała. O swojej depresji odważyłam się powiedzieć mamie, przy czym nie wspomniałam o myślach samobójczych. Wiedziałam jednak z czym się mierzę (byłam w ósmej klasie szkoły podstawowej). Wyśmiała mnie, kazała nie wymyślać, stwierdziła, że nie jestem chora psychicznie i nie pójdę do żadnego psychologa. Czułam się tragicznie. W tym czasie zmienił się mój młodszy brat. Uzależnił się od gier komputerowych. Był agresywny wobec mnie, obrażał mnie słownie, śmiał się z mojej choroby. Zdarzały się momenty, w których popychał mnie. Drwił ze mnie i z mojej aspołeczności, zaczął przeklinać i kierować w moją stronę różnorakie wyzwiska. Nie wiedział o tym, nikt po za moim rodzicami. Stał się nieposłuszny, ich też zaczął obrażać. Wszystkie obowiązki domowe, choć nie było ich dużo spadły na mnie. Bo przestał je wykonywać od tak. Mama próbowała coś z tym zrobić ale tylko wtedy, kiedy sprawa dotyczyła jej lub taty. Mój temat pomijała, kiedy się skarżyłam mówiła, że mamy się nie kłócić i tyle. Po latach sytuacja nie co się zmieniła, jest źle ale nie, aż tak. Tylko hmm. Ilość obowiązków domowych wzrosła i wciąż wszystko robię ja i mama. Brat przez pewien okres czasu przestał się odzywać. Potem po prostu stwierdził, że nie jestem jego siostrą. Próbowałam się z nim dogadać wiele razy ale rozmawialiśmy tylko wtedy, kiedy ja próbowałam zainicjować kontakt i go podtrzymywać, co i tak było obciążające i żmudne. W liceum moje stopnie wzrosły jeszcze mocniej, mimo że mama w końcu przestała mnie kontrolować. Najlepsza średnia w całej szkole. Nagrody. Konkursy. I zero zachwytów, zero pochwał. Zero czegokolwiek większego. Za to brat strasznie się stoczył. Ma zupełnie przeciętne oceny, większość dnia i nocy spędza na graniu. Mama chwali się każdą jego pojedynczą piątką. Wzięła też dla niego psa, zapłaciła za niego. I nie byłoby problemu, bo ja dostałam wtedy w końcu nowe łóżko. Problem pojawia się, gdy trzeba się nim zająć. Brat siedzi i gra. Obiecał się nim opiekować ale nie wytrzymał, nawet tygodnia. Mówiłam mamie, że to zły pomysł ale oczywiście nie słuchała. A teraz ma pretensje, gdy nie mam ochoty iść jej z nim pomagać. To nie mój pies, zresztą od dziecka boję się psów. Kiedyś jeden z nich ugryzł mnie, tuż po tym jak zaczął mnie gonić i na mnie szczekać. Dodatkowo mama wciąż liczy, że ja odpuszczę. Nigdy nie zapomnę tego co czułam, tego co mi zrobił. Ona też nie jest dla mnie bez winy. Zmieniła się ale wciąż pamiętam jaka była i nie zgadzam się z wieloma rzeczami, które mówi. W końcu głównie za sprawą taty trafiłam do psychologa. Rodzice i tak nie rozumieli powagi sytuacji i wciąż nie rozumieją. Natomiast ja odważyłam się powiedzieć o wszystkim mojej najbliżej kuzynce. Nie mam przyjaciółek, ani koleżanek. Nie mam dobrego kontaktu z nikim po za nią, bo trudno mi się otworzyć. I ja czułam się z tym dobrze, w końcu ktoś mnie wysłuchał. Natomiast mama ma problem o to, że chcę mówić. Uważa, że rodzina jest najważniejsza (ta najbliższa). Nie dostrzega wad swojego najukochańszego syna. Nie zwraca mu na nic uwagi, na wszytko się godzi. Wciąż opowiada o jego sukcesach w szkole, choć nie ma się czym chwalić. Wszytko próbuje tarasować. Udawać, że jest dobrze, że jest idealny. Nie rozumie mojego marzenia o wyprowadzce, o odpoczynku od tego wszystkiego. Złapaniu oddechu. Chce mi zabronić mówienia, każe wszystko trzymać w sobie. Nie wiem co robić. Mam mętlik bo w końcu ktoś mnie słucha.