Dzień dobry, Pisanie o tym jest dla mnie bardzo trudne. Wstydzę się rozmawiać z kimkolwiek na ten temat i prosić o pomoc, ale doszedłem do momentu, w którym sam już sobie nie radzę. Mam poważny problem związany z przymuszaniem mnie przez żonę do jedzenia. Jesteśmy razem od dwóch lat i mamy małe dziecko. Od początku związku żona miała tendencję do nakładania mi znacznie większych porcji, niż byłem w stanie zjeść. Kiedy mówiłem, że jestem już najedzony i nie dam rady więcej, często kończyło się to kłótnią. Początkowo wydawało mi się to niegroźne, jednak od narodzin dziecka sytuacja przybrała naprawdę dramatyczny obrót. Obecnie praktycznie nie mam możliwości decydowania o tym, ile i kiedy jem. Żona nie przyjmuje żadnych argumentów, a każda próba odmowy kończy się awanturą. Żeby lepiej zobrazować skalę problemu, opiszę, jak wygląda nasz typowy dzień. Jedzenie zajmuje mi praktycznie cały dzień – od godziny 8:00 do 23:00, średnio co dwie godziny. Zaczynam od owsianki, później jem cały talerz kanapek, następnie zupę i drugie danie. W tym momencie jestem już całkowicie najedzony, podczas gdy żona często dopiero kończy swój pierwszy posiłek. Każda próba wytłumaczenia, że nie jestem w stanie zjeść więcej, prowadzi do awantury. Zdarzało się nawet, że sąsiedzi pukali do naszych drzwi, zaniepokojeni dobiegającymi z mieszkania kłótniami. Na tym jednak jedzenie się nie kończy. Ponieważ żona chce zjeść kolejny posiłek, wychodzimy z dzieckiem do restauracji. Tam ponownie zamawiamy zupę i drugie danie, a żona często dodatkowo przekłada jedzenie ze swojego talerza na mój. Później kontynuujemy spacer. Po pewnym czasie żona chce iść do McDonald's, tłumacząc, że dziecko najlepiej tam je i najłatwiej jest je przewinąć. Sama zamawia coś niewielkiego, natomiast ode mnie wymaga zamówienia pełnego zestawu. Jeżeli odmawiam, reaguje złością. Kiedy w końcu nie wytrzymuję i chcę iść dalej, zaczyna stosować wobec mnie szantaż emocjonalny. Mówi, że w takim razie sama nic nie będzie jadła, używając argumentów w rodzaju: „Twój talerz za mój kęs”. Ostatecznie dzień kończy się jeszcze ogromną porcją ciasta na deser. W efekcie, razem z małym dzieckiem, wracamy do domu dopiero około godziny 23:00–24:00. Szacuję, że w ciągu takiego dnia spożywam około 4000–5000 kcal, podczas gdy moje zapotrzebowanie wynosi mniej więcej 2500 kcal. Konsekwencje są już bardzo poważne. W ciągu dwóch lat moja masa ciała wzrosła z 75 kg do ponad 100 kg, z czego około 15 kg przybyło w ostatnich miesiącach. Mam obecnie bardzo wysoki poziom cholesterolu, nieprawidłowe wyniki prób wątrobowych oraz stłuszczenie wątroby III stopnia. Czuję, że tracę kontrolę nad własnym zdrowiem i życiem. Jedzenie, które powinno być naturalną czynnością, stało się dla mnie źródłem ogromnego stresu, lęku i cierpienia. Jestem wykończony zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Próbowałem rozmawiać z żoną, proponowałem wspólną terapię, konsultację ze specjalistą czy po prostu spokojną rozmowę z kimś z zewnątrz. Niestety każda taka próba spotyka się z krzykiem i złością. Nie potrafię już do niej dotrzeć. Nie wiem, jak przerwać ten mechanizm i jak poradzić sobie z całą sytuacją. Nie chcę niszczyć naszego małżeństwa ani rozbijać rodziny, ale jednocześnie boję się o własne zdrowie. Mam poczucie, że znalazłem się w sytuacji bez wyjścia. Bardzo proszę o pomoc i wskazówki, jak powinienem postąpić. Jak odzyskać kontrolę nad własnym odżywianiem i zdrowiem, a przede wszystkim jak poradzić sobie z zachowaniem żony, która nie respektuje moich granic i odmawia jakiejkolwiek próby rozwiązania tego problemu?