
- Strona główna
- Forum
- traumy, zaburzenia nastroju, związki i relacje
- Dziewczyna często...
Dziewczyna często płacze bez powodu po traumach i samookaleczaniu - czy to objaw problemów psychicznych?
Treść wrażliwaKatarzyna Konieczna
z samego opisu trudno jest określić z czego dokładnie wynika zachowanie Twojej dziewczyny. Na początek spróbowałabym z nią spokojnie porozmawiać, bez przekonywania jej że nie ma powodu do płaczu. Zamiast tego możesz ją zapytać co czuję w takich momentach i jakie ma wtedy potrzeby. Dziel się z nią swoimi intencjami i potrzebą zrozumienia. Jeśli u Twojej dziewczyny lub u Ciebie utrzymywałby się dłużej gorszy nastrój zachęcam do kontaktu ze specjalistą.
Pozdrawiam serdecznie
Nadal nie znasz odpowiedzi na nurtujące Cię kwestie?
Umów się na wizytę do jednego z naszych Specjalistów!
Paulina Gromelska-Maj
Trudno na podstawie takiego opisu powiedzieć, z czego wynika zachowanie dziewczyny. Ludzie różnią się sposobem przeżywania i wyrażania emocji, dlatego sam płacz nie mówi jeszcze, co się dzieje. Ze względu na opisane trudne doświadczenia warto przede wszystkim spokojnie zainteresować się tym, jak ona sama się czuje i czego potrzebuje. Jeśli samouszkodzenia nadal się zdarzają, dobrze zachęcić ją do skorzystania z pomocy specjalisty. Jednocześnie warto pamiętać, że bliska osoba może wspierać, ale nie powinna brać całej odpowiedzialności za jej samopoczucie na siebie. Można być obok, rozmawiać i zachęcać do pomocy, ale nie da się samemu „naprawić” drugiej osoby ani kontrolować jej emocji.
Pozdrawiam
Kamila Grobelna
Dzień dobry,
Myślę, że warto uważać ze stwierdzeniem, że „to nie są powody do płaczu u zdrowej osoby”. Emocje nie zawsze pojawiają się w sposób proporcjonalny do tego, co widzimy z zewnątrz. Jeżeli ktoś ma za sobą doświadczenie gwałtu i samookaleczanie, może mieć znacznie większą wrażliwość emocjonalną i trudność z regulowaniem emocji. Trauma może wiązać się m.in. z płaczliwością, poczuciem przytłoczenia, trudnością w określeniu, co właściwie się czuje, czy nagłymi zmianami napięcia emocjonalnego.
To, że ona mówi „nie wiem, dlaczego płaczę”, również nie musi oznaczać, że płacze „bez powodu”. Czasem powód jest po prostu trudny do uchwycenia albo nagromadziło się wiele drobnych rzeczy.
Natomiast przy jej historii nie bagatelizowałabym tego, szczególnie jeśli nadal zdarza jej się samookaleczać albo ma takie myśli. Warto, żeby miała kontakt z psychologiem lub psychoterapeutą, najlepiej kimś, kto ma doświadczenie w pracy z traumą. Samookaleczanie często jest sposobem radzenia sobie z bardzo silnym napięciem emocjonalnym, a nie „dziwnym zachowaniem”.
Jako partner możesz przede wszystkim być obok i próbować zrozumieć, zamiast oceniać, czy dana emocja jest „wystarczającym powodem” do płaczu. Możesz zapytać: „Widzę, że jest Ci trudno. Chcesz, żebym po prostu z Tobą pobył, czy wolisz porozmawiać?” Czasami to naprawdę jest bardziej pomocne niż szukanie konkretnego powodu.
Pozdrawiam, psycholog Kamila Grobelna
Jagoda Jek
Nie każdy płacz musi mieć dla nas oczywisty powód. To, co z Twojej perspektywy wygląda jak „błahy powód”, dla niej może wiązać się z dużo większym napięciem. Po doświadczeniu gwałtu i samookaleczaniu szczególnie ważne jest, żeby nie oceniać jej reakcji wyłącznie przez pryzmat tego, czy dana sytuacja „zasługuje” na płacz.
Jeśli sama mówi, że nie wie, dlaczego płacze, nie musi to oznaczać udawania czy przesady. Czasami trudno od razu nazwać emocję albo rozpoznać, co ją uruchomiło. Tak samo pojedyncze niezdecydowanie typu „może kakao, a może nie” nie pozwala wyciągać żadnych wniosków diagnostycznych.
Możesz zamiast mówić „nie masz powodu płakać” zapytać: „Chcesz, żebym z Tobą pobył, przytulił Cię czy potrzebujesz teraz przestrzeni?”. Jeśli takie reakcje są częste i bardzo utrudniają jej życie, warto zachęcić ją do konsultacji z psychologiem pracującym z traumą.
Ze względu na historię samookaleczeń zwróciłabym też uwagę na ewentualny powrót takich zachowań lub myśli o zrobieniu sobie krzywdy.
~ Jagoda Jek, psycholożka
Zuzanna Setkowicz
Z Pana opisu wynika, że martwi się Pan o swoją dziewczynę i próbuje zrozumieć jej zachowanie. Warto jednak uważać z oceną, że płacze „z byle powodu” albo że „zdrowa osoba nie ma powodów, żeby tak reagować”. To, co dla osoby z zewnątrz wydaje się drobiazgiem, dla niej może uruchamiać znacznie silniejsze emocje czasem również takie, których sama nie potrafi od razu nazwać ani powiązać z konkretną przyczyną.
Płacz sam w sobie nie świadczy o zaburzeniu i rzeczywiście może być sposobem wyrażania oraz regulowania emocji. Jednocześnie częsty płacz, poczucie zagubienia, trudności z podejmowaniem nawet prostych decyzji czy duża zmienność emocjonalna mogą być sygnałem, że dziewczyna przeżywa obecnie coś, z czym trudno jej sobie poradzić.
Wspomina Pan również o doświadczeniu gwałtu i samookaleczaniu w przeszłości. Takich informacji nie należy traktować jako prostego wyjaśnienia jej obecnego zachowania ani na ich podstawie stawiać diagnozy. Są jednak wystarczającym powodem, żeby potraktować jej samopoczucie poważnie i zachęcić ją do rozmowy z psychologiem lub psychoterapeutą, szczególnie jeśli obecnie nie korzysta z takiego wsparcia.
Jako partner nie musi Pan rozstrzygać, czy jej reakcja jest „adekwatna”. Bardziej pomocne może być spokojne: „Widzę, że jest Ci teraz trudno. Chcesz mi powiedzieć, co się dzieje, czy wolisz, żebym po prostu z Tobą został?” Czasem osoba naprawdę nie wie, dlaczego płacze – i nie musi znaleźć wyjaśnienia w tej samej chwili.
Ze względu na wcześniejsze samookaleczanie warto również spokojnie zapytać ją wprost, jeśli pojawi się niepokój: czy zdarza jej się obecnie robić sobie krzywdę albo myśleć o zrobieniu sobie krzywdy. Takie pytanie nie „podsuwa pomysłu”, a może być ważnym elementem zadbania o jej bezpieczeństwo. Jeśli odpowiedź będzie twierdząca, szczególnie jeśli pojawia się zamiar lub plan zrobienia sobie krzywdy, potrzebna jest pilna profesjonalna pomoc.
Piotr Ziomber
Dzień dobry
Zdrowe osoby także płaczą, ale Twoja dziewczyna przeżyła traumę z którą mierzy się przez całe życie i ma prawo jak każdy człowiek do wyrażania siebie poprzez emocje zarówno chciane jak i niechciane. Kiedy regulowała je poprzez samookaleczenia a teraz robi to za pomocą płaczu. jej zachowanie nie jest dziwne, ale wynika z poczucia bezpieczeństwa i stabilności tu i teraz. Jesteś jej partnerem, więc oczekuje od Ciebie wsparcia i zrozumienia. Do tego zaspokojenie poczucia bezpieczeństwa. Jak to możesz zrobić? Zapewnij ją że jesteś i zapytaj jak możesz jej pomóc, bo się zwyczajnie martwisz o nią. Nie neguj jej emocji, ale zapewnij, że troszczysz się o nią i pytaj co możesz zrobić, aby poczuła się lepiej. Partnerka powinna udać się do psychotraumatologa i przepracować to, co ją spotkało. Inna sprawa, że sprawca powinien ponieść konsekwencje karne. Obserwuj ją, namawiaj do wizyty u psychologa.
Sylwia Skibińska
Dzień dobry. Sam płacz nie świadczy o tym, że ktoś jest „niezdrowy”. Może być naturalnym sposobem regulowania i wyrażania emocji, a po trudnych doświadczeniach reakcje emocjonalne mogą być szczególnie intensywne. Bardziej istotne jest to, jak często takie sytuacje występują, co je poprzedza i czy utrudniają jej codzienne funkcjonowanie. Ze względu na historię traumy i samookaleczeń warto zachęcić dziewczynę do kontaktu z psychologiem lub psychoterapeutą. Z Pana strony ważniejsze od oceniania powodów jej płaczu będzie spokojne wysłuchanie i zapytanie, czego w danej chwili potrzebuje.
Pozdrawiam,
Sylwia Skibińska
Agnieszka Włoszycka
Dzień dobry,
Płacz nie musi mieć „wystarczająco dobrego” powodu, żeby był prawdziwą reakcją emocjonalną. Przy doświadczeniach przemocy czy traumy emocje mogą być silniejsze, pojawiać się nagle albo być trudne do zrozumienia. To, co dla Pana wydaje się drobnostką, dla niej może być momentem dużego napięcia.
Nie oznacza to jednak, że każde zachowanie należy tłumaczyć traumą. Jeśli płacz jest częsty, pojawiają się trudności z podejmowaniem prostych decyzji, wyraźne zmiany zachowania albo wracają zachowania autoagresywne, warto, aby dziewczyna miała profesjonalne wsparcie psychologiczne lub psychoterapeutyczne. Szczególnie istotne jest doświadczenie specjalisty w pracy z traumą.Jako partner może Pan przede wszystkim być obok, zamiast oceniać, czy „ma powód” do płaczu. Czasem wystarczy: „Widzę, że jest Ci trudno. Jestem przy Tobie. Chcesz, żebym Cię przytulił, czy wolisz pobyć sama?” Jednocześnie nie musi Pan brać odpowiedzialności za regulowanie jej emocji za nią.
Warto zapytać siebie:
Czy próbuję zrozumieć, co ona przeżywa, czy przede wszystkim chcę, żeby przestała płakać, bo jest to dla mnie trudne?Czy ma obecnie specjalistyczne wsparcie, z którym może pracować nad tym, co wydarzyło się w przeszłości?
Z pozdrowieniami,
Agnieszka Włoszycka
Joanna Kaminiak-Orzechowska
Dzień dobry,
Jeśli uważasz, że dziewczyna mierzy się z problemami natury psychicznej, możesz porozmawiać z nią i zasugerować jej wizytę u psychologa lub psychoterapeuty.
Zacznij od tego, że niepokoi Cię jej obniżony nastrój, nie wytykaj jej "płaczu z błahego powodu", ponieważ może to ją zranić i zrazić do rozmowy.
Pozdrawiam serdecznie
Joanna Kaminiak-Orzechowska, psychoterapeutka psychodynamiczna

Zobacz podobne
Długotrwała choroba i śmierć partnera oraz setka innych problemów. Pięć miesięcy temu zmarł mężczyzna, z którym przez 11 lat byłam w związku. Nie była to śmierć nagła – właśnie mija druga rocznica od dnia, w którym dostał udaru.
Stało się to w mojej obecności i było to dla mnie straszne doświadczenie. Pomimo iż udar nie był poważny i rokowania co odzyskania sprawności były bardzo dobre – partner odmówił rehabilitacji i jako osoba leżąca trafił ze szpitala do hospicjum na NFZ. Ja zostałam z jego matką na głowie (również leżąca, wymagająca opieki) i ze wszystkimi ich sprawami.
Plus, rzecz jasna, moje własne problemy.
Żadne z nich nie zgadzało się, aby z własnego, pokaźnego zresztą, majątku opłacić sobie opiekę czy leczenie.
Oszczędzali na gorsze czasy i czarną godzinę.
A posiadali kilka odziedziczonych nieruchomości, których aktualna wartość rynkowa to kilka milionów złotych. Przez dziesięć miesięcy patrzyłam bezradnie, jak jego matka powoli umiera, a równocześnie napatrzyłam się w tym hospicjum na rurki, sondy, worki stomijne, ból, cierpienie i śmierć.
Na nic zdawało się proszenie partnera, żeby poszedł na rehabilitację i wyrwał się z tej umieralni, tym bardziej że w wyraźny sposób tracił nawet tę sprawność, którą miał po udarze i widać było postępującą atrofię mięśni.
Cały czas słyszałam mantrę, że szkoda pieniędzy, szkoda czasu, szkoda wysiłku, że on musi mieć na czarną godzinę.
Nie obchodziło go zupełnie, że to jest wszystko ponad moje siły. Obrażał się na mnie, jak wprost mu mówiłam, że ja nie jestem w stanie tego wszystkiego robić bez wsparcia finansowego z jego strony i bez jakiejś formy zabezpieczenia.
Próby rozmowy kończyły się fochem i karaniem mnie ciszą.
W ramach wyjaśnienia dodam, że związek od dawna kulał ze względu na opisane powyżej cechy partnera plus brak zaangażowania i jakiegokolwiek wsparcia z jego strony w różnych życiowych sytuacjach. W chwili, w której nastąpił udar, ja już w zasadzie byłam gotowa na zerwanie, ale w zaistniałych okolicznościach wydawało mi się rzeczą nieludzką zostawić go samego. Czara goryczy przelała się w kwietniu, gdy wyskoczył mi niespodziewany wydatek na kwotę kilku tysięcy złotych, pojawiły się problemy zdrowotne, które potencjalnie mogą wymagać w przyszłości interwencji chirurgicznej.
Znowu wróciłam do kwestii bieżącego wsparcia finansowego i jakiegoś zabezpieczenia na wypadek jego nagłej śmierci.
Prawdę mówiąc, bezpardonowo wymusiłam konfrontację, ale dowiedziałam się takich rzeczy, że w kilka tygodni spakowałam się i wróciłam do swojej kawalerki na drugim końcu Polski.
Szkoda, że dziesięć lat wcześniej nie przedstawił jasno swoich poglądów na związek. Mianowicie nie miał zamiaru w żaden sposób mi rekompensować poświęconego czasu i mojej ciężkiej harówy, bo jego zdaniem należała mu się ode mnie pomoc z tego względu, że jakoby od zawsze miał w życiu ciężko i w ogóle był najbardziej pokrzywdzonym człowiekiem na świecie.
Nie miał zamiaru mnie zabezpieczać finansowo, bo to rodzinny majątek, odziedziczony po dziadkach, bo rodzina jest najważniejsza, bo coś tam jeszcze. Nie wiem, co rozumiał przez słowo "rodzina", ale najwyraźniej ja się do tej kategorii osób nie zaliczałam. W kilka tygodni po mojej wyprowadzce okazało się, że jest ciężko chory. Infekcja lekoopornej bakterii w układzie oddechowym, moczowym i pokarmowym.
Momentalnie rozwinęło się ciężkie zapalenie płuc, nerki (już wcześniej słabe) przestały działać i po niecałych dwóch tygodniach pobytu w szpitalu zmarł. Jeden spadkobierca pojawił się dopiero po jego śmierci. Przez półtora roku nie raczył się pokazać w tym hospicjum, nawet w święta, a tu nagle okazało się, że w jego mniemaniu należy mu się cały majątek, bo się czuje pokrzywdzony jakąś decyzją wspólnego dziadka.
Drugi spadkobierca, który łaskawie pojawił się w tych ostatnich tygodniach, wyszedł z podobnego założenia, argumentując swoje roszczenia krzywdą i traumą spowodowaną kilkoma tygodniami odwiedzin u umierającego krewnego. Obaj mieli zamiar toczyć ze sobą spór sądowy i odmówiłam mieszania się w to.
To nie moja sprawa, zwłaszcza że żaden nie wspomniał o żadnej formie wsparcia czy rekompensaty dla mnie.
Od tego pierwszego usłyszałam wręcz, że jestem głupsza, niż myślał, skoro pomagałam za darmo.
Najwyraźniej w tej rodzinie o żadnej wdzięczności czy innych ludzkich uczuciach nie ma w ogóle mowy.
Ja po tym wszystkim jakoś żyję i niby funkcjonuję normalnie, ale mam chandrę. Przede wszystkim mam problemy ze snem.
Przez te wszystkie obrazki, których napatrzyłam się w hospicjum i w domu u umierającej matki partnera długo śniły mi się koszmary. Odpuściły trochę po mojej wielkiej ucieczce i powrocie we własne strony. Następna partia koszmarów zaczęła się po jego śmierci, łącznie z jakimiś głupotami, że widzę go żywego i rozmawiamy.
To też powoli odpuszcza, ale zdarza mi się, że w czasie snu odczuwam ogromny strach przed śmiercią i kilka razy obudził mnie własny krzyk. W efekcie boję się chodzić spać i siedzę do późna, dopóki naturalną koleją rzeczy nie zwalę się na łóżko jak kłoda. Potem chodzę permanentnie niedospana. Melisa na mnie nie działa i w zasadzie nie wiem, w czym by miała pomóc.
Po prostu boję się tego, co może mnie spotkać po drugiej stronie snu. Wysiłek fizyczny też nie działa. Nawet po dziesięciokilometrowej wycieczce z kijkami, czując się umęczona fizycznie, mam ten sam problem. Alkohol też nie działa i niezależnie od tego ile w siebie przymusowo wleję (w granicach możliwości osoby nieuzależnionej) – nie jestem w stanie się upić. Nawet jak coś poczuję, to momentalnie jestem trzeźwa, jakby coś znosiło jego działanie. Zastanawiam się, czy to tylko kwestia moich przeżyć, czy nakłada się może na to menopauza.
Mam prawie 52 lata i mniej więcej w tym czasie, w którym spakowałam się i wróciłam do siebie, zaczęłam doznawać uderzeń gorąca i nieregularności w cyklu miesiączkowym.
Uderzeń gorąca pozbyłam się dosłownie w kilka tygodni suplementem z apteki (to akurat działa, jak trzeba), miesiączki ewidentnie zaczynają zanikać, test menopauzalny permanentnie wychodzi dodatni. Poza tym fizycznie czuję się całkiem dobrze, nawet powiedziałabym, że odkąd znalazłam trochę czasu dla siebie, różne moje dolegliwości ustąpiły.
Paradoksalnie ja się ciągle czuję młodo, tylko jestem zupełnie przygaszona i zrezygnowana. Kolejnym problemem jest moja sytuacja finansowa. Próbuję zarabiać na życie własną jednoosobową działalnością i niespecjalnie mi to idzie.
Mam trochę swoich pomysłów, ale potrzebowałabym nieco luźnej gotówki, żeby zlecić pewne rzeczy na zewnątrz, bo jest prawie nierealne zrobienia tego samodzielnie w skończonym czasie. Ostatnio miałam silny napad bardzo obniżonego nastroju, łącznie z płaczliwością i myślami samobójczymi. Na zasadzie, że tak bardzo zależy mi na realizacji własnego pomysłu, że siądę i to zrobię sama bez żadnego wsparcia, nie licząc się z konsekwencjami. A jak mi się w międzyczasie skończą oszczędności i nic na tym pomyślę, nie zarobię, to sobie w łeb palnę, ale nie potrafię żyć, nie realizując własnych marzeń i własnego potencjału. Jak już zrealizuję, to mnie nic nie będzie obchodzić, mogę nawet umrzeć, niech się dzieje, co chce. Ponieważ jestem osobą wykształconą i potrafię kilka nieszablonowych rzeczy, mam takie marzenie, aby stworzyć platformę edukacyjną z mojej działki z fajnymi materiałami, niestety odpłatnymi, bo muszę z czegoś żyć.
Przy takich kwotach, jakich można zażądać od klientów, musiałby tam być spory ruch, a na marketingu nie znam się, zupełnie mi to nie leży, odrzuca mnie od tego. Multimedia jestem w stanie zrobić sama, nawet oprogramowaniem darmowym, ale to po prostu zajmie trochę czasu. A tematów, kursów i szkoleń mogłabym zrobić mnóstwo. Zarówno dla młodzieży, jak i nauczycieli, a jak napisałam - jest to mój czas i praca, za którą nikt mi nie zapłaci, dopóki materiały nie będą gotowe. Ale w tym moim nastroju ja się chciałam rzucić na to z rozpaczy i desperacji, a nie z wiary we własne siły i sukces. Natomiast zupełnie nie widzę dla siebie odpowiadających ofert na rynku pracy i przeraża mnie myśl, że kobietom w moim wieku pozostaje w zasadzie wyrzucenie wszystkich swoich dyplomów do kosza i zarabianie sprzątaniem lub inną tego typu pracą poniżej kwalifikacji.
Rozwala to moje życie w drzazgi i stawia pod znakiem zapytania sens tego, kim jestem, tego, co do tej pory osiągnęłam, na czym się znam i co zawodowo potrafię.
Ja nie chcę umrzeć i zamienić się w garść popiołu nie robiąc tego, do czego w moim mniemaniu mam powołanie.
Ja nie chcę żyć i umrzeć w poczuciu porażki i niespełnienia, a przecież życie mi pokazało, że wiele rzeczy zależy tylko od zbiegu okoliczności i przypadku, a nie od ilości włożonej w to pracy.
Żywy przykład to spadkobiercy mojego partnera. W zasadzie nic nie musieli robić, żeby mieć prawo do kilku zer więcej na koncie. Mnie tyle szczęścia nie spotkało i na jakiejś płaszczyźnie nie jestem w stanie się z tym pogodzić. Wprawdzie nikt nie obiecał, że życie jest sprawiedliwe i że mnie czeka jakkolwiek pojęty sukces, ale coś jest tu mocno nie tak. Nie wiem, jak się mam emocjonalnie utrzymać w zwartej kupie, tym bardziej że ja z tym wszystkim zostałam sama i aktualnie nie mam nikogo na czyją pomoc typu wsparcie materialne lub wsparcie w pracy nad moim projektem mogłabym liczyć.

Toksyczny związek – jak go rozpoznać i zakończyć?
Czy zastanawiasz się, czy Twój związek jest zdrowy? Nie każda trudność jest toksyczna, ale jeśli czujesz lęk, winę, wątpisz w siebie, boisz się mówić, co myślisz – warto się zatrzymać. Tutaj dowiesz się, jak rozpoznać toksyczny związek i jak go zakończyć.
