- Strona główna
- Forum
- kryzysy, zaburzenia lękowe, zaburzenia osobowości
- Brak siły, lęk...
Brak siły, lęk przed pracą i samodzielnością - czy to kryzys psychiczny, zaburzenia osobowości czy problem fizyczny?
Co mi jest? Myślałam że jest już lepiej, że sie pozbierałam, usunęłam toksyczne osoby i w ogóle. Że zmieniam swoje życie. Zaczęłam jeść zdrowiej, chce w końcu schudnąć i takie tam. Po 1 zamarzalam co noc, wczoraj było lepiej.. sle wczoraj byłam na równi z kaloriami lub lekką nadwyżką, a przed wczoraj malutki deficyt bo no miałam zachcianki plus niby niedługo dostane okres. Po 2 od kilku dni absolutnie nia mam siły. Ale spójrzmy na to z innej strony. 2 tygodnie wcześniej ledwo chodziłam do łazienki się załatwić, głównie leżałam w łóżku lub byłam przy biurku. A od ponad tygodnia staram się robić sobie codziennie jedzenie, przejść się do sklepu lub z psem, czasem wychodzi czasem nie. Ale się staram jakkolwiek poruszać. Od 2 dni lub 3 po prostu się myję bez smarowania i masażu twarzy i szczotkowania na sucho, prysznic + ewentualne mycie włosów bo nie mam zbyt siły:/. Woda zeszła mi z organizmu, lepiej się czułam, ale teraz nie mam siły. I zastanawiam się czy to bardziej psychicznie czy fizycznie. Bo było tak samo 2 tygodnie temu i może to przez zaburzenia osobowści które mam stwierdzone? Narazie do psychiatry udać się nie mogę bo nie mam pieniędzy. Leki mam dalej do wykupienia na recepcie bo zapisała mi więcej bo prosiłam bo no nie mogę iść na wizytę tak szybko przez brak środków. A na NFZ w moim mieście byłam wszędzie Martwię się że wcale nie jest lepiej i że nie dam rady:/ I z początku się cieszyłam bo zadzwonili do mnie z ogłoszenia o prace gdzie się zgłosiłam i mam rozmowe za 3-4 dni. Ale teraz koszmarnie się boje. Nie umiem funkcjonować.. boje się samodzielności.. co jak nie dam rady? Bardzo się boje
Zobacz podobne
Bardzo trudne relacje z mężem
Dzień dobry. Ja i mój mąż nie mieszkamy razem i nie jesteśmy w stanie dogadać się w kwestii miejsca zamieszkania. Mamy 2 letnią córeczkę, z którą mieszkam i się opiekuję. Mąż mieszka i pracuje 80 km od nas. Jest nauczycielem, po ogromnych przejściach miłosnych - związek z 10 lat starsza kobietą ktora odeszła od meza alkoholika i odbila sie emocjonalnie dzieki mojemu mezowi a potem go rzuciła i nagle odciela sie od niego oraz związek z mężatka z 2 dzieki ktora zwodziła mojego meza przez.5 lat a potem z dnia na dzien wyjechala. Zdarzenia te zostawiły w mezu trwaly slad na jego zdrowiu i psychice. Podjął probe znalezienia pracy w naszym mieście i w zasadzie prace juz mial, ale nie podobała mu sie pani dyrektor szkoly i przedmioty jakich mialby uczyc. Stwierdzil, ze to za duzo stresu dla niego i on pracy nie zmieni bo jego zdrowie mu na to nie pozwala. Podczas urlopu macierzynskiego przeprowadzilam sie do meza razem z dzieckiem zeby sprobowac zycia razem (nie mieszkalismy nigdy wczesniej razem), jednak to co przezylam mieszkajac z nim w tym czasie to bylo cos do czego nigdy nie chcialabym wracac. Zostawalam z dzieckiem cale dnie sama. W nocy nie pomagal mi z karmieniem i przewijaniem. Narzekal jedynie ze ciagle jest niewyspany. Maz po pracy cieszyl sie ze ma zone i dziecko na miejscu i zamiast spedzac z nami czas lub mnie odciazyc jezdzil po pracy do rodzicow, pomajsterkowac przy aucie itd. Bardzo schudlam w tym czasie, nie mialam kiedy zjesc ani nawet sie umyc. bylam sfrustrowana i samotna. Nie moglam liczyc na pomoc mojej mamy a rodzice meza sa juz po 70. Maz mnie nie wspieral a tylko dolewal oliwy do ognia. Zobaczyl ze mu rachunki wzrosly i kazal mi sie do nich dokladac. Nie zrobilam tego - mialam kredyt i swoje rachunki na glowie, ktore musialam uregulowac mimo ze w mieszkania nie uzytkowalam. Nie potrafil nawet na chwile zajac sie dzieckiem tak zeby jej sie nic nie stalo. Za kazdym razem kiedy mowilam mu jak sie czuje slyszalam tylko: ,,czujesz sie tak bo chcesz sie tak czuc, ja robie wszystko zeby bylo dobrze”. Plakalam po katach. Bylam odcieta od bliskich. Ciagle sie klocilismy i to ja bylam ta zla: ,,głupia”,,,idiotka” z ,,ograniczonym mysleniem”. Mialam dosc. Przyszedl czas powrotu do pracy i odliczalam dni kiedy bede mogla wyjechać i sie uwolnić. Balam sie ze bardzo ze maz nas nie zawiezie, ale nie robił problemów. Od tamtej pory przyjezdzal na weekendy i zawsze kiedy mial wolne. Kilka tygodni przed moim pojawieniem sie w biurze okazalo sie ze moge pracowac 100% zdalnie przez 1,5 roku czasu. Obecnie przy dziecku pomaga mi mama, przyjeżdża na kilka dni w tygodniu ponad 100 km. Maz ma wakacje i niedawno oznajmil ze nie zamierza sie przeprowadzac. Ja mam mozliwosci i skoro pracuje zdalnie powinnam mieszkać u niego bo dziecko musi mieć dwoje rodziców. Według meza tworze,,niezdrowa sytuacje w której poszkodowany jest on i dziecko”. Nie możemy się dogadać w tej kwestii. Przez jego nacisk i presje przeprowadzki nie śpię od tygodni, mam bole brzucha, napady paniki i nerwice. Znowu zaczely sie wyzwiska w moja strone oraz nerwowe rozmowy. Nie ufam mezowi, nie dogadujemy sie. Jestem bardzo rozdarta w kwestii tego co powinnam zrobic. Nie wyobrazam sobie swojego zycia w miejscowosci w ktorej mieszka maz. Nie bede miala tam nikogo ani wsparcia ani pomocy od osob ktore mi dobrze zyczą. Uslyszalam jeszcze od meza ze dalej bedzie mnie wyzywał jezeli bede robila zle. Szczerze, zastanawiam sie czy my jestesmy sie w stanie sie dogadac bez wzgledu na miejsce zamieszkania. Jestem rozdarta a moj stan emocjonalny nie pozwala mi na podjecie właściwej decyzji. Z mezem nie rozmawiamy, nie ma zadnej bliskosci a ja noe moge na niego nawet patrzec. Nie chce zeby dziecko mialo weekendowego tate ani zeby nasza rodzina byla rozbita. Nie wiem co mam robic…
Jak radzić sobie z żałobą po długotrwałym związku? Strata Męża po 40 latach
W grudniu straciłam Męża, z którym byliśmy ponad 40 lat w związku. Moja rozpacz nie ma końca. Nic mnie nie cieszy. Nie jestem w depresji, mogę i pitrafię mobilizować się do różnych prac, także pracy zawodiwej. Ta jest moją terapią. Ale to wszystko mało. Wszystko mi przypomina mojego kochanego i kochającego Męża.... jak żyć. Najgorsze są dni wolne, których jednak też potrzebuję
Ciągłe wahania nastroju i brak wsparcia ze strony bliskich - co robić?
Chciałabym dowiedzieć sie, co się ze mna dzieje. Ciągłe wahania nastroju albo wogóle nie odczuwam zadnego uczucia. Nie czuje sie już tu potrzebna, nie czuje zadnego wsparcia ze strony przyjaciół i bliskich.Często dziewczyny mnie odrzucaja, przez co nie czuje sie potrzebna. Co powinnam zrobic w tej sytuacji?
Partnerka nagle ograniczyla kontakt po okresie duzej bliskosci - potrzeba przestrzeni czy wycofywanie sie z relacji?
Mam 54 lata, moja partnerka 40. Mieszkamy w różnych krajach. Poznaliśmy się w 2019 roku i bardzo szybko pojawiło się między nami silne uczucie. Wtedy relacja zakończyła się głównie z mojej winy – przestraszyłem się planowanych zmian w życiu, dodatkowo uwierzyłem w negatywne rzeczy, które mówiła mi bliska osoba, i zamiast szczerze z nią porozmawiać, wycofałem się. Wiem, że bardzo ją wtedy zraniłem. Po kilku latach bez kontaktu dowiedziałem się, że zakończyła swój wieloletni związek. Jesienią zeszłego roku napisałem do niej. Przeprosiłem za przeszłość, niczego nie oczekując. Odpowiedziała. Kontakt rozwijał się powoli, później zaczęliśmy dużo rozmawiać telefonicznie. Wyjaśniliśmy również dokładnie wydarzenia z 2019 roku. W tym roku odwiedziłem ją dwukrotnie. Pierwszy pobyt był krótki, drugi trwał około dwóch tygodni. Podczas drugiego właściwie funkcjonowaliśmy jak para mieszkająca razem: wspólne zakupy, gotowanie, spacery z jej psem, wycieczki, wieczory, seks, dużo czułości. Kiedy ona pracowała, zajmowałem się sobą, wyprowadzałem psa, przygotowywałem jedzenie itd. To ona zaczęła też konkretnie rozmawiać o wspólnej przyszłości. Szukała dla mnie ofert pracy, proponowała możliwość zameldowania mnie u siebie i rozmawialiśmy o tym, że docelowo mógłbym przeprowadzić się do jej kraju. Ja raczej hamowałem tempo, tłumacząc, że potrzebuję około dwóch lat, aby znaleźć pracę i uporządkować swoje życie. Zaplanowaliśmy również moje kolejne przyjazdy – na jej urodziny w listopadzie oraz na Boże Narodzenie i Nowy Rok. Po moim powrocie nadal mieliśmy bardzo intensywny kontakt. Codzienne wiadomości głosowe, zdjęcia z dnia, rozmowy, dobranoc. Często rozmawialiśmy po kilka godzin. Te rytuały były obustronne – ona również je inicjowała, spontanicznie wysyłała zdjęcia i wiadomości. Zdarzało nam się nawet zostawiać włączone kamery podczas zasypiania, co było jej pomysłem. Powiedzieliśmy sobie, że się kochamy. Raz zupełnie spontanicznie zadzwoniła tylko po to, żeby powiedzieć mi „kocham cię” i się rozłączyła. Kilka tygodni po moim powrocie nastąpiła jednak dość nagła zmiana. W piątek odbyliśmy trudną rozmowę. Partnerka powiedziała, że podczas mojego dwutygodniowego pobytu brakowało jej z mojej strony inicjatywy w planowaniu wycieczek i aktywności. Powiedziała, że nie chce ponownie znaleźć się w związku, w którym wszystko musi organizować sama. Byłem zaskoczony, bo bardzo angażowałem się w codzienne życie, ale zrozumiałem, że jej chodziło konkretnie o inicjowanie planów. Powiedziałem, że następnym razem będę bardziej aktywny w tej kwestii. Przyjęła to. Ponieważ jej zachowanie mnie zaniepokoiło, zapytałem wprost, czy chce zakończyć naszą relację. Odpowiedziała: „Nie. Gdybym chciała zakończyć naszą relację, powiedziałabym ci”. Jednocześnie wycofała się z wcześniejszego pomysłu wspólnego zamieszkania. Powiedziała, że sama się pospieszyła i nie jest jeszcze gotowa mieszkać ze mną 24/7. Chce, żebyśmy najpierw lepiej się poznali i „dotarli”. Uznałem to za rozsądne. Co mnie zastanawia: po tej bardzo trudnej części rozmowy nie nastąpiło ochłodzenie. Rozmawialiśmy do około trzeciej nad ranem. To ona kilka razy przedłużała rozmowę, kiedy proponowałem już sen. Piliśmy wino, żartowaliśmy, rozmawialiśmy o filmach, książkach, smakach win, miłości itd. Kiedy musiała wyjść z psem, zapytała nawet, czy ma mnie zabrać „na słuchawki” na spacer. Po powrocie sama napisała i ponownie zadzwoniła. Sobota i niedziela również wyglądały zasadniczo normalnie. Sama inicjowała kontakt, wysyłała głosówki i zdjęcia. W niedzielę podczas 20-kilometrowej wędrówki z psem co jakiś czas spontanicznie opowiadała mi, gdzie jest i jak idzie trasa. Ja w tym czasie załatwiałem sprawę tatuażu, o którym wcześniej dużo razem rozmawialiśmy. Wieczorem normalnie powiedzieliśmy sobie dobranoc. W poniedziałek rozmawiała przez wiele godzin ze swoją bliską przyjaciółką. W ostatnim okresie takich bardzo długich rozmów z tą osobą było wyjątkowo dużo. Nie wiem jednak, o czym rozmawiały i nie chcę zakładać, że przyjaciółka miała negatywny wpływ – wcześniej była pozytywnie nastawiona do naszego związku. We wtorek partnerka od rana odzywała się już znacznie mniej. Po pracy powiedziała mniej więcej: „Ty rób swoje rzeczy, ja będę robiła swoje”. Później zadzwoniłem, ponieważ według naszego dotychczasowego rytmu spodziewałem się rozmowy. Pierwszego telefonu nie odebrała, po pewnym czasie zadzwoniłem ponownie i wtedy odebrała. Podczas rozmowy powiedziała, że naszego codziennego kontaktu jest dla niej za dużo. Że ma poczucie obowiązku odpowiadania i nie potrzebujemy codziennie mówić sobie o pogodzie, pracy i wszystkich drobiazgach. Zaproponowała, żeby zamiast codziennie „mielić ozorem”, porozmawiać porządnie np. raz w tygodniu. Jeżeli wydarzy się coś ważnego, oczywiście możemy się kontaktować. Nie protestowałem. Powiedziałem, że rozumiem i że mnie również czasami męczy ciągłe odpowiadanie. Co ciekawe, po ustaleniu tego ograniczenia rozmawialiśmy jeszcze dość długo i zupełnie normalnie – m.in. o wyborach w jej kraju i o moim zaplanowanym tatuażu. Powiedziała nawet żartobliwie, że niedziela będzie ekscytująca, bo ona idzie głosować, a ja robię tatuaż. Od tej rozmowy minęło jednak kilka dni i nie było między nami żadnego kontaktu. Ja nie piszę, ponieważ chcę uszanować jej prośbę. Ona również się nie odzywa. Nawet w sprawach, o których wcześniej normalnie byśmy sobie powiedzieli. I właśnie tego nie potrafię zrozumieć. Z jednej strony wyraźnie powiedziała, że potrzebuje mniej kontaktu, więc obecna cisza może być po prostu realizacją tej potrzeby. Z drugiej strony zmiana z codziennej, obustronnej bliskości do praktycznie całkowitej ciszy nastąpiła w ciągu kilku dni. Jeszcze w weekend sama intensywnie dzieliła się ze mną swoim dniem. Mam świadomość, że jestem teraz bardzo emocjonalny i mogę interpretować ciszę jako odrzucenie. Boję się, że jest to sposób na stopniowe wygaszenie związku bez powiedzenia tego wprost. Jednocześnie wiem, że może to być moja obawa, a nie rzeczywistość. Nie chcę jej naciskać ani domagać się zapewnień. Nie chcę również wejść w sytuację, w której ze strachu przed naruszeniem jej przestrzeni całkowicie zniknę i będę czekał bez końca. Chciałbym zapytać osoby mające doświadczenie psychologiczne: jak można rozumieć tak gwałtowną potrzebę ograniczenia kontaktu po okresie bardzo dużej, obustronnej bliskości? Czy opis bardziej przypomina potrzebę odzyskania autonomii i zmniejszenia intensywności relacji, czy może początek emocjonalnego wycofywania się? I przede wszystkim – jak powinienem teraz zachować równowagę między uszanowaniem jej potrzeby przestrzeni a własną potrzebą jasności i poczucia, że nadal jestem w związku?
Mam wrażenie, że wszystko mnie przerasta, brak własnego mieszkania, na pokładzie 15 miesięczna Nadia i 14 letnia zbuntowana Olivia.
Mam wrażenie, że wszystko mnie przerasta, brak własnego mieszkania (mieszkamy u mojej mamy), na pokładzie 15 miesięczna Nadia i 14 letnia zbuntowana Olivia...no i mąż, który cały dzień jest w pracy. Czasem budzę się rano i pierwsza moja myśl to po co.... Jaki sens wstawać jeśli nic nowego mnie nie czeka tylko problemy...
